Płatna „kultura”


W poście o ACTA (tutaj) wspomniałem o tym, że kwestia opłat za treści to insza inszość. No właśnie. Zgodzimy się, że twórcy wynagrodzenie się należy. Należy się też wydawcy. Ale jaka ta płatność ma być?

Dopóki artyści (różni) i naukowcy byli objęci mecenatem możnych, wszystko było proste. Dopóki trupa teatralna utrzymywała sie z tego, co gawiedź wrzuciła „kapelusza”, wszystko było łatwe. Od momentu, gdy mecenasi stali się pośrednikami i również zaczęli zarabiać na artystach, sprawa się skomplikowała. I mamy obecną sytuację, gdy Twórcy się należy, ale od kogo, ile, za co?

W skrócie – jak pogodzić Twórców i Klientów? Odpowiedź prosta: NIE DA SIĘ (jedni chcą zyskać jak najwięcej, drudzy – jak najwięcej oszczędzić). Odpowiedź złożona: To zależy… Od wielu rzeczy

Wizja liberalna

W wizji liberalnej i wolnorynkowej wszystkim rządzi rynek. Twórca i Wydawca (Dostawca) wycenia produkt, Klient (Odbiorca) decyduje, czy kupić. Podaż i popyt. Proste? Tak, ale. Żeby zmaksymalizować zyski ( a więc i zarobki Twórcy/Wydawcy), co jest celem kapitalistycznego, wolnorynkowego podejścia Dostawcy – trzeba zmaksymalizować popyt, najlepiej przy ograniczonej podaży – wówczas Klienci zapłacą więcej. Więc trzeba produkt (twórczość) reklamować. Reklama kosztuje, więc koszty są większe, zyski mniejsze. Kółko graniaste. Z drugiej strony – można zwiększyć podaż, aby więcej klientów mogło kupić produkt. Ale duża podaż zmniejsza cenę jednostkową – skutek ten sam – więc Dostawcy ciągle balansują na granicy między optymalnym popytem a optymalną podażą. Kolejna rzecz – reedytowanie produktu – kolejne wydania dzieła, w celu pozyskania kolejnej grupy Klientów. I popularna ostatnio wersja reedycji: edycje specjalne, kolekcjonerskie, reżyserskie itd. Teoretycznie nowy produkt (nieznacznie zmodyfikowany stary), adresowany do klienta posiadającego już stary produkt (wymaga zbudowania potrzeby klienta, więc marketingu, więc kosztuje).

Podsumowując: Dostawca (Twórca/Wydawca) produkuje, Klient kupuje – cena jest funkcją podaży/popytu.

Ale, ale… między wydawcą a Klientem funkcjonują pośrednicy. W dodatku i Dostawca i Klient funkcjonują w środowisku regulowanym (administracja) – tak wygląda praktyka liberalnego kapitalizmu. I pośrednicy i regulatorzy chcą również zarobić. Rośnie cena. Klient nie jest zadowolony. Potrzebę posiadania produktu wytworzono, więc klient szuka konkurencyjnego dostawcy – tańszego.

Piractwo, czy wolny dostęp?

No właśnie – „darmowe” treści (pirackie) są konkurencją dla oryginalnych dostawców – twórca ten sam, wydawca też, tylko pośrednicy i regulatorzy się zmieniają. Tyle, że pieniędzy (lub innych wartości) nie dostają twórca i wydawca, a… pośrednicy i regulatorzy. Ani nie jest to etyczne (stąd słuszny termin PIRACTWO), ani na dłuższą metę nie działa w interesie zarówno dostawcy jak i Klienta. Co zrobi Dostawca bez środków na dalszą działalność? Zamknie ją. Dlaczego tak wielu aktorów, muzyków w trakcie trwania kariery decyduje się na działalność pozatwórczą? Inwestycje w nieruchomości, rynki finansowe itd. to ZAPEWNIENIE ŚRODKÓW UTRZYMANIA. Zwolennicy „wolnego dostępu” często nie biorą pod uwagę, że bez pieniędzy Klientów ani U2, ani Metallica, ani nikt inny nie wydałby więcej niż jednej płyty. A „wielkie koncerny” i tak rządzą się zasadą „maksymalizacji zysku” – jeśli nie zarobią na treściach Twórców – przeniosą swoje zainteresowanie gdzie indziej. Zasada „wolnego dostępu” jest więc jedynie usprawiedliwieniem dla przestępczych działań części pośredników. A na czym oni zarabiają? Skoro udostępniają za darmo… Zarabiają na reklamach, na sprzedaży danych (adresy e-mail, dane osobowe), na kolejnych przestępstwach (kradzież i sprzedaż danych sensytywnych – kart kredytowych, wykorzystanie komputerów w atakach DOS itd.). Nie ma się co łudzić – na jednego idealistę „wolności” przypada 9 członków zorganizowanego przemysłu przestępczego. A im więcej dostawcy tracą w wyniku „darmowych treści”, tym więcej przerzucą na Klientów (raczej nie zdecydują się na obcięcie zysków).

Czy warto płacić?

Odrębny temat – czy za wszystko, co nam dostawcy oferują, warto płacić? Oczywiście, że nie! Ale tu rzecz zależy od naszych cech:

  • wartość nabywcza
  • potrzeba konsumencka
  • odporność na marketing i przymus społeczny

Dostawcy, aby maksymalizować zysk – wciskają nam byle gówno. Stąd zrozumiały opór przed płaceniem. Z drugiej strony – skąd w nas potrzeba posiadania 6 edycji „legendarnej płyty”, 4 wydania „kultowej książki”, rozszerzonej wersji reżyserskiej średniego filmu? Ulegamy marketingowi, presji społecznej znajomych, w końcu – ulegamy pokusie „niemyślenia”. W końcu to „parę złotych”. Dostawcy na tym niemyśleniu żerują, tak jak odbiorcy „wolnych treści” żerują na nich. Oszukujemy się nawzajem. Ot, ludzka logika.

A gdyby tak… Płacić wyłącznie za treści, które są nam potrzebne, np, za „dodatkowe treści” do starych wydań? Można? Pewnie, że tak – Wiele usług już tak działa, począwszy od iStore, poprzez księgarnie i czytelnie e-Booków, aż do archiwów stron, dostępnych za mikropłatności. Etycznie OK, relacja Wydawca-Klient zdrowa. Wymaga tylko myślenia.

Ale, ale – kolejny casus. Dlaczego mam płacić za marne treści – słabe, niewarte swojej ceny? A kto ci każe? To Ty ulegasz modom, trendom, podszeptom znajomych i marketingowców. W niektórych, szczególnie jaskrawych przypadkach, zauważysz, jak robią cię w konia (kolejna wersja Star Wars na BR-DVD, poprawiona, w stosunku do wcześniejszych poprawionych, została wyśmiana przez „prawdziwych” fanów SW), ale w większości – nawet nie zwrócisz uwagi. Kolejne wydania „Greatest Hits”  jednego artysty – różniące się jednym, dwoma utworami – po co ci? Płyta słabego zespołu, książka słabego autora? Bo WSZYSCY słuchają,czytają? A czy ty musisz postępować jak WSZYSCY?

Mania zbierania

Jednym z powodów, dla których Dostawcy „odświeżają treści”, a Klienci je kupują/piratują, jest mania kolekcjonerska – chęć posiadania więcej i więcej – np. kompletnej dyskografii. Że na dziesięciu płytach Twórcy jest 8 tych samych utworów uzupełnionych o dwie trzy zmieniające się piosenki – do nikogo nie dociera. Inna okładka, inny ISBN – wystarczy, żeby „chcieć mieć”. To samo dotyczy wszystkiego innego: książek, filmów, itd. A gdyby tak Van Gogh namalował 200 kopii „Słoneczników” zmieniając np wyłącznie ilość płatków kwiatów – czy obraz byłby tak samo atrakcyjny, jak JEDEN, niepowtarzalny? Według mnie nie.

Płatna kultura – konieczność

Płatna kultura to konieczność. Model płatności już jednak zależy od wielu rzeczy. Jestem całym sercem za ograniczeniem roli pośredników i regulatorów. Najchętniej płaciłbym bezpośrednio Twórcy. Niektórzy (zwłaszcza muzycy) już tak robią – sprzedają swoje utwory przez stronę internetową zespołu, serwisy typu My Space. Oby więcej takich Twórców – wtedy i im będzie lepiej, i nam.  Z drugiej strony – tak jak (dość łatwo) nastąpiło przewartościowanie, jeśli chodzi o piractwo (że to nie kradzież), tak musi nastąpić (będzie trudno) przewartościowanie, że Twórca ze swojej twórczości się utrzymuje (może dalej tworzyć). Gdy nam nie płacą – buntujemy się. Chyba nie chcemy, żeby Twórcy się też zbuntowali…

Reklamy
  • Trackback are closed
  • Komentarze (0)
Możliwość komentowania jest wyłączona.
Reklamy
%d blogerów lubi to: