Ruch „progresywny” – WTF?


Czas wyjaśnić jedną z kwestii dotyczących bloga. Skąd „REGRESJA”? Termin skądinąd naukowy (http://pl.wikipedia.org/wiki/Regresja), jednak w przypadku tego bloga używam go, aby odróżnić się od „progresywnych” ruchów i osób. Namnożyło się ich ostatnio – i co do sztuki wszystkie „progresywne”. Przykład: http://netysci.mixxt.pl/. Przyznaję, gdzieś u zaranie tego ruchu dałem się złapać. Owszem, kilka postulatów jest mi bliskich (nadal). Ale zawsze wkurzało mnie określenie „progresywny”. Okej, człowiek do szkół chadzał, wie, że progres to postęp, a więc ruch niby jest postępowy. Nie można by tak napisać? Po polsku?? Ruch progresywny, Rock progresywny – że niby tak mądrze to brzmi? Banał (nomen omen, patrząc na rock progresywny, nie wiem, czy to nie jak Smooth Jazz, czyli: albo nie istnieje,  albo ani to rock, ani tym bardziej postępowy).

Aproksymacja, Progresja, Impotencja

Podczas jednego z rejsów, ze względu na to, że część załogi stanowili inżynierowie górnictwa, nabijaliśmy się z inżynierskiej aproksymacji. A to nam aproksymowali pozycję, a to czas dopłynięcia do portu, a to, co będzie na obiad (http://pl.wikipedia.org/wiki/Aproksymacja). Generalnie śmiesznie. Owszem, puryści techniczni mogą się obrazić (podejrzewam, że społeczni rewolucjoniści obrażą się za „progres”), ale po kiego wafla ta aproksymacja w potocznym języku? Przybliżenie, zaokrąglenie nie wystarczą – kolejne słowo obcojęzyczne, brzmiące jak przeładowanie Sturmgewehr 44. Zresztą po niemiecku nawet motyl (Schmetterling) brzmi jak powiew śmierci na froncie wschodnim. Na rejsie było wesoło, koledzy inżynierowie również na poziomie, więc było to dla jaj. Mi już bliżej do inter- i ekstrapolacji niż do APROKSY, TFU, MACJI. Na poważnie nie zdzierżyłbym. Tak samo nie potrafię tej „progresywności społecznej” wybaczyć. Dla porządku więc: dla mnie progresywny – oznacza postępowy (http://sjp.pwn.pl/slownik/2505892/post%C4%99powy). A to oznacza, że ruch społeczny kreuje, wyznacza, wspiera postęp. Tymczasem…

NETYŚCI to ruch kulturowo-polityczny zainicjowany spontanicznie w Internecie w 2009 roku przez grupę osób które wierzą, że nadszedł czas na zmiany w myśleniu o człowieku w społeczeństwie, o samym społeczeństwie i zasadach uprawiania polityki.

Wierzymy, że:

  • nadszedł czas na urządzenie społeczeństwa dla dobra wszystkich obywateli, z gwarancją, że nie będzie zawłaszczane przez żadnego grupy, a szczególnie polityków, korporacje i kościoły. (koncepcja zrównowazonego społeczeństwa sieciowego)
  • konieczne jest dopuszczenie każdego obywatela do realnego wpływu na swoje otoczenie – od gminy do państwa. A najlepszym narzedziem globalneg sprawowania władzy i kontroli władzy jest Internet (opowiadamy się za koncepcją Rząd 2.0).

(Za stroną NETYSTÓW)

Że co? Że niby jak? Okej, bez nerwów. Rozłóżmy to na czynniki pierwsze:

  1. Czas na zmiany w myśleniu o człowieku w społeczeństwie, o społeczeństwie i zasadach uprawiania polityki – piękny slogan. Mam jednak kilka uwag: Zmiany w naukach społecznych następują od starożytności (Platon) poprzez średniowieczną scholastykę (św. Augustyn, św. Tomasz), odrodzenie, barok, oświecenie, okres rewolucji przemysłowej, okres imperialny, I Wojnę Światową, Międzywojnie, II Wojnę Światową, okres tzw. modernistyczny (po 1945), a i obecnie (tzw. postmodernizm i postpolityka). Żeby było śmieszniej – zmiany zachodzące w ostatnich 200-300 latach (mniej więcej od początku XVIII wieku) w teorii wzmacniają rolę obywatela w Państwie, podczas gdy w praktyce ograniczają tą rolę (mówimy o OBYWATELACH, czyli osobach posiadających prawa obywatelskie). Ostatnim Państwem, gdzie pozycja obywatela była bardzo silna były wczesne Stany Zjednoczone Ameryki (do Wojny Secesyjnej). To samo dotyczy zasad uprawiania polityki. Od czasu wyznania Bismarcka (że wolelibyśmy nie wiedzieć, jak robi się kiełbasę i jak uprawia się politykę) ani politycy nie zmienili swych zasad in plus, ani my nie mieliśmy realnego wpływu na te zasady.
  2. Urządzanie społeczeństwa „dla dobra wszystkich obywateli, z gwarancją, że nie będzie zawłaszczane przez żadnego grupy, a szczególnie polityków, korporacje i kościoły” – ależ tak jest! Na piśmie w niemal każdej Konstytucji. Najbliżej tego „ideału” był Związek Sowiecki w latach 1925-1953 i Państwa Bloku Wschodniego w latach 1945-1956. Społeczeństwami rządziła IDEA – głęboka, jedyna słuszna, sprawiedliwa społecznie (notabene sprawiedliwość społeczna jest jak świnka morska – ani sprawiedliwość, ani społeczna).
  3. „koncepcja zrównowazonego społeczeństwa sieciowego” – czyli co? zbudowanie społeczeństwa na wzór społeczności web 2.0? To też odwołanie do systemu totalitarnego: byli superadministratorzy (KC), administratorzy (bezpieka), moderatorzy (cenzura, partia, organizacje „społeczne” i „ludowe, aparat władzy)”, użytkownicy (reszta). Był też DOSTAWCA: BP KC KPZR. Było to również społeczeństwo zrównoważone (w razie nierównowagi albo się szybko jej pozbywano – czystki w ZSRS, albo „prostowano” – wysiedlenia w celu uzyskania jednolitych etnicznie krajów, masowe „rzucanie na front” pracy studentów, wykładowców, wojska).
  4. „konieczne jest dopuszczenie każdego obywatela do realnego wpływu na swoje otoczenie – od gminy do państwa” – ależ mamy ten wpływ – każde kolejne wybory to okazja wywierania wpływu. Że ordynacje kuleją – fakt (te same mordki „na górze” od kilkudziesięciu lat), że władza nigdy wszystkich nie zadowoli – drugi fakt (polecam lekturę Machiavellego, Maxa Webera, a także… Lenina – celem władzy nie jest spełnianie „zachcianek” społeczeństw). Ale poza wyborami mamy realny wpływ – możliwość działania w lokalnych inicjatywach (NGO, Domy Kultury, inne). MAMY MOŻLIWOŚĆ DZIAŁANIA, w najgorszym razie – możliwość krytycznej kontestacji (nieuczestniczenie też jest uczestniczeniem).
  5. „najlepszym narzedziem globalneg sprawowania władzy i kontroli władzy jest Internet” – hoho, powiało Stalinem, że hej. Po co „postępowemu” ruchowi globalna kontrola? Po co „postępowcom” narzędzie sprawowania władzy, zwłaszcza w odniesieniu do poprzedniego punktu, o wpływie obywateli na otoczenie?
  6. Koncepcja „Rząd 2.0” – chyba tylko chwytliwe hasełko… Mam nadzieję. Bo wizja rządu o zwiększonych funkcjonalnościach, lepszej aparycji (wygląd), większej zasobożerności i obciążeniu infrastruktury (a więc społeczeństwa) do mnie nie trafia.

Podsumowując: w najlepszym wypadku ów „progres” oznacza większe wydatki na administrację (punkt 6) i dalszy rozwój (chociaż tu przydałby się cudzysłów) myśli społecznej, co i tak się dzieje (punkt 1). W każdym gorszym oznacza powrót do mniej lub bardziej utopijnego socjalizmu lub nawet systemu totalitarnego. Eee, to ja wysiadam… Swoją drogą – takie wykorzystanie myśli Saint-Simone’a, Marksa, Engelsa, Lenina, Stalina to po prostu plagiat. Nie mówiąc o umysłowej impotencji.

„Rzeczywisty Postęp” a „Ruch Postępowy”

Ciekawostkę stanowi fakt, że w „realu” owe „postępowe” postulaty są od lat realizowane. Demokracja w obecnym kształcie sprawia wrażenie „obywatelskiej”, mimo, że w II RP przeciętny szlachcic miał większy wpływ na wybór króla podczas elekcji, niż obecny obywatel RP na wybór Premiera, czy Marszałka Sejmu (okej, okej – wyborom prezydenckim odpuścimy, bo tu jest nieźle). Dodajmy do tego „progresywną” Unię Europejską – marzenie każdego socjalistycznego czy komunistycznego biurokraty – CENTRALNĄ ORGANIZACJĘ ZARZĄDZAJĄCY CAŁA (niemal) EUROPĄ. I stosującą coraz bardziej restrykcyjne metody i przepisy, coraz bardzie zbiurokratyzowaną, i coraz bardziej oderwaną od obywateli.

Za pomocą sieci społecznościowych kontroluje się użytkowników dokładnie tak, jak to wskazują „postępowcy” – skąd niby personalizowana reklama na FB, czy Spam na skrzynkach e-mail? Skąd wszystkie bezsensowne „akcje społeczne” operujące memami?

Rośnie również „społeczeństwo sieciowe” – w „wojnie z terroryzmem” tak ograniczono wolność jednostki i podniesiono możliwości kontroli przez „służby”, że nie należy mieć złudzeń – Wielki Brat wciąż patrzy, coraz wyraźniej też widzi.

Co to wszystko oznacza? Ano nic, tyle, że ów „progres” to nasza codzienność, ew. historia najnowsza. I obserwując to wszystko, niestety przychodzi na myśl, że biorąc pod uwagę „progresywne myślenie społeczne”, Hitler, Stalin, Salazar, Pinochet, Mao, Pol Pot mieli rację ze swoim „postępem” i rewolucją społeczną. Tylko coś nie wyszło… Po co nam zatem kilkadziesiąt (1945-1990) względnej demokracji w Europie Zachodniej? Po co nam rok 1989?

Właśnie przez taki „progres” wolę zostać „regresywny”.

Reklamy
Możliwość komentowania jest wyłączona.
Reklamy
%d blogerów lubi to: