Archive for the ‘ Nowe media ’ Category

Fejsbuk (nie) dla wszystkich…


I przyszło mi się zmierzyć z tematem… Poniekąd chcę się z nim zmierzyć. Może, żeby wyjaśnić pewne moje działania, może, żeby uzupełnić blog o dalszą „spowiedź” z poglądów, a może po prostu dlatego, żeby „oczyścić” temat i móc zając się innymi. Sprawa prosta:

Przypadek AS kontra psie adopcje*)

Kolega AS od jakiegoś czasu „czyści” sobie profil fejsowy ze „śmieci”. W jego ocenie „śmieci” to m.in. nawoływanki o bojkoty, adopcje zwierzaków itd (dokładne kryteria zna on sam). Do tego usuwa ze znajomych osoby, które na w/w polu załapią „podpadziochę”. I mimo, że w jakiejś części (nie wiem jakiej) poglądy mamy różne, ja tej podpadziochy nie złapałem – i owszem – czasem sobie podyskutujemy na „nie”, czasem się zgodzimy – normalnie, jak między ludźmi. Z jednej strony chciałbym wiedzieć, jakie dokładnie kryteria przyświecają koledze przy usuwaniu ze znajomych, subskrybcji itd. Z drugiej – w ogóle mnie to nie interesuje. Jego sprawa. Przy okazji „dyskusji o” stwierdziłem, że jeśli natyka się w Social Mediach na treści „niechciane”, ma dwa trzy wyjścia: filtrować, zaakceptować śmietnik, albo zniknąć z fejsa. I niekoniecznie trzeba co jakiś czas nawoływać: ogarnijcie się, bo polecicie. Jak ktoś sobie nagrabi, leci i tyle.

Mi osobiście „psie adopcje” nie przeszkadzają – ba, w ten sposób wzbogaciłem się o psa. Ale rozumiem, że komuś mogą. Rozumiem jeszcze coś innego – koleżanka, dzięki której mam psa, SAMA aktywnie pracuje na rzecz schroniska. Działa tam, pomaga psom i schronisku na żywo, a PRZY OKAZJI wykorzystuje fejsa, aby znaleźć tym psom dom. I jej postawa jest według mnie jak najbardziej w porządku. Z kolei postawa: „biedny piesek – skopiuj i wklej, może ktoś się znajdzie” już nie do końca mi pasuje. Chcesz pomóc – zaangażuj się. Przekazywanie łańcuszka „do wszystkich świętych” jest, hmmmm, trochę zakłamane. Rozumiem zaangażowanie (nielubianej przeze mnie prywatnie za inne sprawy) koleżanki EW – sama adoptuje kilka zwierząt na raz. Nie rozumiem kogoś, kto nie ma psa, nie chce mieć psa, a wali po fejsie „skopiuj -wklej”.

Nie rozumiem fejsowych „bojkotów” – marek, imprez, itd. w związku z dowolnym tematem. Chcesz – idziesz/kupujesz, nie chcesz – nie idziesz/nie kupujesz.  Podobnie wybory – chcesz – idziesz/głosujesz, nie chcesz – to nie… Nie rozumiem (w sensie społecznym, bo w sensie marketingu elektronicznego i handlu fanami rozumiem aż za dobrze) fejsowego „podpisywania list” na zasadzie kliknięcia „Lubię to” – chcesz być pro-, weź dupę w troki, idź i podpisz. Nie chcesz – po cholerę klikasz „Lubię to”? Podobnie – jest event – na fejsie – 300 osób na pewno idzie, w realu – może 50. Po co? Na co? Że się „wirtualnie” bywa? Wolę (wciąż) funkcjonować w realu. A jeśli już sieciowo, to NAPRAWDĘ (webinaria, blog, jakaś AKTYWNOŚĆ własna). Nie rozumiem, mimo, że z fejsa, i innych sieciowych narzędzi, korzystam sporo – pędu do bycia „społecznym” w internecie, podczas gdy w realu ma się „wywalone” na wszystko.

Przypadki RD i JAS – polecieli ze znajomych

Dwie osoby usunąłem ze znajomych. Za co? W mojej ocenie za idiotyzm, infantylność, a przede wszystkim za wyznawanie „jedynie słusznych” poglądów. RD poleciał przy okazji ACTA – kompleksowo za znak PW 2012, za nawoływanie do zgłaszania stron Hołdysa do blokady przez adminów, i za hasło w stylu: jest nas dużo, więc nam wolno. JAS poleciała dzisiaj, za… głupią w gruncie rzeczy dyskusję. Konkretnie za jej pointę tej dyskusji: „Fejs nie jest do tego, żebyś TY (w sensie ja) swoje osobiste poglądy głosił”. Ekhm, to do czego jest? DO tego, żebym głosił poglądy politycznie poprawne? Nikomu nie przeszkadzające? Ciekawe, że koleżanka JAS NIE MA takich hamulców, i swoimi poglądami epatuje wszem i wobec. A więc – podwójna etyka. Mi wolno, innym nie. Ja mogę, inni nie. Z jednej strony – to, że nie życzy sobie moich poglądów oglądać – wspólne z kolegą AS, z drugiej – od kolegi AS NIGDY nie usłyszałem, że nie mam prawa swoich poglądów na fejsie ogłaszać. Ewentualnie, że one go nie interesują.

Otóż SM działają właśnie tak: MASZ PRAWO, drogi Użytkowniku, wklejać, pisać dowolne głupoty, jakie przyjdą ci do głowy. Pamiętaj jednak, że inni użytkownicy widzą co piszesz/wklejasz, i mogą mieć inne zdanie. Ba, mogą je wyrazić w reakcji na twoją „twórczość”. I nie masz prawa im tego zabronić. Z jednym wyrzucony przeze mnie kolega RD ma racje – SM to demokracja, demokracja bezpośrednia – mamy prawo wyrzucać z siebie dowolne głupoty. A SM wystawią to pod ocenę innych (czy nam się to podoba, czy nie). Przy okazji ACTA objechał mnie kilkakrotnie kolega MS. Nie poleciał ze znajomych. Dlaczego? Dlatego, że nie bronił mi moich poglądów – owszem – ostro prezentował swoje, i jakąś tam zadziorkę wbił mi w duszę. Ale nie nawoływał do ograniczania wolności mi, czy komukolwiek innemu. A właśnie to jest dla mnie wartością SM: mnogość poglądów (nawet głupich). Dzięki temu każdy ma prawo powiedzieć, co chce. I ode mnie zależy, czy się zgodzę, nie zgodzę, czy stwierdzę, że to bzdura. I tak samo jak ja mogę mówić: „Jesteś idiotą, ale to twoje prawo”, tak samo każdy może mi powiedzieć. Problem zaczyna się, jeśli zaczynamy cenzurować, co można, a czego nie wolno powiedzieć.

Prywatne a publiczne, do dyskusji lub nie

Każdy z nas ma swoje, prywatne poglądy. Dopóki zachowujemy je dla siebie, są prywatne. Dopóki treści przez nas tworzone chowamy do szuflady, albo na twardym dysku komputera – są to treści prywatne. Jeśli jednak w dowolny sposób je upubliczniamy – stają się treściami publicznymi. O to ścinam się raz na jakiś czas z Diablicą. Ona swój blog uważa za prywatny, niezależnie od tego, czy jest, czy nie jest dostępny. Dla mnie niedostępny = prywatny, dostępny = publiczny – specyfika sieci… Niedawno zalinkowałem jej bloga (wówczas publicznie dostępnego) i dostałem OPR. Według mnie niesłusznie, według niej – słusznie. Co prawda więcej bym tego nie zrobił, bo ją to uraziło, a akurat z jej zdaniem bardzo się liczę, jednak dzisiaj, po dyskusji na temat Diablica zrobiła słuszną rzecz, żeby bloga „sprywatyzować” – zmiana kategorii na prywatny, wysłanie do mnie zaproszenia do czytania – super – nie wszyscy mają dostęp, blog prywatny, więc CZUJĘ SIĘ ZOBOWIĄZANY do uszanowania tego. Jeśli natomiast wkleja się „cuś” na fejsie – widoczne jest dla wszystkich – dlaczego nie miałbym wyrazić swojej opinii??? Dlaczego miałbym w połowie dyskusji stwierdzać, że „to coś nie do dyskusji”??? Nawet, jeśli poglądy są kontrowersyjne – jeśli dzielimy się swoimi uczuciami publicznie, przestają być prywatną sprawą.

Podobnie temat – mądre czy głupie? Artykuł z Gazety.pl jest wart dyskusji… OK, nie każdy (według mnie), ale OK. A czy demot, durny obrazek, filmik z YT jest wart dyskusji? Czy możemy określić dla każdej treści odpowiedni „poziom powagi”, żeby zacząć dyskusję? Nie bardzo… Tym bardziej, że sporo użytkowników fejsa traktuje całkiem serio coś, co dla innych jest bzdurą. Poza tym – przyjmując, że każda „treść” wrzucona do SM jest treścią twórczą (chociaż ja się nie do końca z tym zgadzam), to każda taka „treść” jest polem do dyskusji. Mądrej czy głupiej, pustej, czy owocnej, to inna sprawa. Ale nie zabraniajcie mi mieć swojej opinii nawet na temat głupot, które ludzie wklejają na swoje tablice. Bo często świadczy to o ich postawie wobec innych, i świata.

*) ze względu na ochronę danych osobowych – zamiast imion, nazwisk, pseudonimów są inicjały.

Reklamy

„Mądrość” tłumu Internautów – że co, proszę?


Oberwie mi się znów od wszystkich. Najpierw od lewaków i prawo(lewo)myślnych – regularnie czytam „Uważam Rze”. I w dużym stopniu cenię sobie tygodnik prawo(prawo)myślny. Przede wszystkim za Mazurka & Zalewskiego (ex Wprost) – wspaniale punktujących wszystkich naszych próżniaków. Poza tym za artykuły Bronisława Wildsteina (o, teraz to dopiero herezja), oraz cykl artykułów historycznych. Ba, da się nawet czytać Semkę, o ile pisze o kuchni. Oczywiście (i teraz oberwę od prawo(prawo)myślnych) nakładam na treści „UR” filtr „smoleński” – w końcu nie jestem „pisiorem” a zwykłym centrystą (i proszę – nie mylmy Centrum z PO). Więc już w trakcie czytania omijam wszelkie wtręty o Smoleńsku, Zamachu itd. Mam swoje zdanie na ten temat (może je kiedyś wyłuszczę), równie daleki od wersji PiS jak i od wersji „rządowo-TVNowskiej”.

Dla równowagi czytam Politykę, Angorę, Newsweek. Tylko z Wprost zrezygnowałem od czasu jak naczelnym został Lis. Może wrócę do Wprost teraz…Ale wróćmy do tematu. Otóż swoje trzy grosze ma w „UR” Eryk Mistewicz – kto nie zna, nie czyta, nie bywa radzę się douczyć, bo postać znana i (gdzieniegdzie) lubiana. Cykl Mistewicza pod znamiennym szyldem „Marketing narracyjny” w ostatnim numerze tygodnika sprawił mi niemały kłopot. Otóż z częścią tez Mistewicza się zgadzam (mniej więcej z pierwszą połową tekstu), a pozostałe absolutnie mi nie leżą, albo też leżą i kwiczą. Cóż zatem zaserwował nam „mistrz Eryk”?

Wojciech Maziarski, szef „Newsweek Polska”, przy okazji ACTA uderzył: „Utrzymanie się obecnych trendów grozi tym, że pewnego dnia obudzimy się w świecie bez profesjonalnych redakcji (…) Jeśli uznamy prasę za jeden z filarów demokracji i społeczeństwa obywatelskiego oraz chcemy ją utrzymać przy życiu, to walka z piractwem jawi się jako środek obrony wartości demokratycznych”. Ten cytat poraził mnie. Ostatni raz prasę z demokracją utożsamiali francuscy intelektualiści pół wieku temu

Trochę racji ma Mistewicz – porażające. Ale nie to, że Maziarski widzi w prasie filar demokracji (w końcu to samo w „UR”, Naszym Dzienniku widzą propisowscy [bo konserwatywni to są Anglicy, a prawicy w Polsce nie ma po prostu] komentatorzy, w tym, poniekąd, Mistewicz). Porażajace jest to, że Maziarski uważa, że OBOWIĄZKIEM społeczeństwa, rządu jest obrona PROFESJONALNYCH redakcji. A to clue (według mnie) wypowiedzi – PROFESJONALNI DZIENNIKARZE SĄ SPOŁECZEŃSTWU POTRZEBNI JAK CHLEB I WODA!!! Bo ja wiem… Ale o tym dalej. Na razie – Mistewicz tego nie zauważa. Dalej:

Regularnie powtarzają się i w Polsce kompromitujące: powtórki przez wszystkie stacje telewizyjne próby samobójczej pułkownika P., czy taśm detektywa R. z przesłuchania matki dziewczynki. Każdego tygodnia ta profesja – dziennikarstwo – kończy się.

Znów – trudno mi się nie zgodzić. Dziennikarstwo jako OBIEKTYWNE informowanie o wydarzeniach od dawna nie funkcjonuje. Dziennikarstwo pro- i antyreżimowe, w zależności od tego, kto akurat „jest u steru”, uprawiają wszyscy. Łącznie z dziennikarzami, obecnie współpracującymi z „Uważam Rze”. Dalej:

Media powinny dziś bronić Internetu, lecz widzą w nim głównie zagrożenie.

W kontekście tego, co Mistewicz pisze 2 akapity wcześniej o postrzeganiu przez czytelników prasy:

Jako biznes – tak, nośnik reklam i zarządzania informacją, opowiadania różnych historii do zachowania społecznego status quo – tak

Z jednej strony trudno się mediom dziwić (Internet to wolność, aż do anarchii, konkurencyjny nośnik reklamowy, i fajne narzędzie do manipulacji opinią – bo do tego sprowadza się „zachowanie społecznego status quo”). Z drugiej trudno NIE DZIWIĆ SIĘ Mistewiczowi – w końcu sam wyłuszcza, że media tradycyjne a Internet to konkurenci na rynku dostarczania informacji. Zaczynają się zgrzyty. A dalej trzaski, piski i rzeczywistość skrzeczy:

Dotychczasowe media sytuując się jako jedyni obrońcy wolności i demokracji tłamszą demokrację. Obsadzając siebie w roli strażników jej wartości, odmawiają jednocześnie tego prawa innym. Tak jak odmawiają użytkownikom sieci ZBIOROWEJ MĄDROŚCI (podkreślenie Kajaka).

O matko… z jednej strony konfabulacja, bo Maziarski nigdzie nie przeciwstawia tradycyjnych mediów Internetowi w kwestii obrony demokracji. Z drugiej pomieszanie pojęć – media faktycznie (w tym i „UR”) są mało demokratyczne pod względem uznania prawa „innych” do obrony demokracji. Nie mówiąc o tym, że w większości akcji Internautów (zresztą podobnie jak w akcjach innych „tłumów” ciężko mi jest doszukać się mądrości. Wręcz przeciwnie – większość działań dowolnego tłumu postrzegam jako głupie, niepotrzebne, faszyzujące  lub komunizujące. Działanie tłumu jest zaprzeczeniem mądrości (od szlacheckich sejmików, aż po masówki w sprawie ACTA). Tu wybitnie Mistewicz podpada. „Dorabia” ideologię.

Sieć zmienia demokrację, politykę, media

Racja, ale czy w dobry sposób (który, zdaje się, zakłada Mistewicz)? Według mnie nie. Internauci jako tłum są roszczeniowi, nie chcą z kolei ponosić odpowiedzialności. Wolą anonimowość. Z tego co pamiętam, pojęcie wolności łączy się z odpowiedzialnością. Wolność bez odpowiedzialności to anarchia. Mistewicz u mnie przepadł.

Kilka uwag…

PROFESJONALNI DZIENNIKARZE- czy należy im się „ochrona” społeczna – nie. Po prostu nie – dziennikarstwo profesjonalne w dzisiejszych czasach nie ma nic wspólnego z profesjonalizmem dziennikarskim. Raczej oznacza dostarczanie treści zgodnych z wolą pracodawcy. Zawód jak każdy inny… Nie ma tu żadnej misji. prędzej chroniłbym autentycznych dziennikarzy społecznych. Bo im zależy na pokazaniu spraw w sposób mniej lub bardziej profesjonalny i uczciwy. Obecnie dziennikarze „profesjonalni” niezależnie od „opcji politycznej” uprawiają propagandę.

Pamiętam pracę w redakcji profesjonalnej (GW, 1997) i nieprofesjonalnych (Chleba i Igrzysk, Świat Gier Komputerowych, 2004). Różnica? W redakcji „nieprofesjonalnej”, gdzie ludzi bardziej trzyma pasja niż etacik, pracuje się lepiej. Redakcja zamiast „oklasków dla red.prow” tętni dyskusją, fermentem, pomysłami, entuzjazmem do tworzenia. W redakcji „profesjonalnej mamy jeden poważny szlaban: „to nie jest zgodne z linią naszego pisma”.

Mistewicz chyba popełnia błąd, z jednej strony piętnując szowinizm klasycznych mediów, z drugiej wolność Internetu, czyniąc to w piśmie tradycyjnym, które chcąc niechcąc poza dziennikarstwem rzetelnym zajmuje się (nad czym ubolewam) propagandą. Jest mniej więcej tak samo wiarygodny jak Palikot w masce „V”, broniący Internautów przed „złymi” politykami. Z innej beczki – tym tekstem Mistewicz z Marketingu narracyjnego niepokojąco zbliża się do dialektyki, dziedziny nieco zapomnianej (teoretycznie), święcącej triumfy w dawniejszych czasach. A dialektyka ma to do siebie, że dowolną tezę dowolnymi dowodami da się podtrzymać. Wystarczy to napisać.

Choćby kwestia:

Internauci przestają być „pasywnymi użytkownikami”. Stają się „twórcami” – nowymi producentami mediów

Mocno na wyrost. Zwłaszcza w kontekście wszechobecnego bełkotu polegającego na kopiowaniu i wklejaniu „nieprzetrawionych umysłowo” treści. To nie proces twórczy. Procesem twórczym ciężko też nazwać większość komentarzy typu: „P…l Tuska” i podobnych.  W nawiązaniu do tego, pozwolę sobie odesłać i Mistewicza (pewnie będzie zainteresowany) i innych do piramidy Maslowa w wersji Social Mediów: http://www.ecademy.com/node.php?id=174000 – nie wiem, czy zgadzać się z nią w 100%, ale:

  1. wnioski a propos Fejsa i G+ – jak najbardziej tak;
  2. wnioski a propos blogowania (WordPress) – też się zgadzam;
  3. Z akceptacją pozycji Twittera mam pewną trudność, ale powiedzmy, że OK.
  4. Najmniej pasuje mi Linked In, który pozycjonowałbym na poziomie przynależności, ale biorąc pod uwagę, że diagram powstał w świecie anglo-saskim, gdzie LI ma ugruntowaną pozycję – niech i tak będzie;

Gdyby przyjąć taki model patrzenia na świat SM – jakie z naszych potrzeb zaspokajają, dopiero najwyższe dwa poziomy to wolność (tworzenia), chroniąca jednocześnie przed anarchią i ową „mądrością tłumu”.

Dość!


Miało być znów o ACTA. Nie będzie. Dla mnie protest jest protestem głównie o wymiarze ekonomicznym. Nie? To czemu tak jest: http://biznes.onet.pl/dane-w-internecie-w-zamian-za-bonusy,,5009838,1,prasa-detal? Miało być o Grabażu (którego bardzo cenię), że nie przyzwolił na kradzież – nazwał ją dosłownie, stwierdził, że jeśli ma wybierać między kradzieżą, a ograniczeniem wolności, to woli mniejsze zło. Miało być o Richardzie O’Dwyer – Jaki to z niego „bohater” i „ofiara ACTA” – nie będzie. O nim pisze Wiki, i to dość obszernie: http://en.wikipedia.org/wiki/Richard_O’Dwyer. Jakoś Wiki wierzę. Że nie porwany, że jego strona, przez którą trafił do paki, to nie tylko linki. Że brytyjski sąd ( a te są duże bardziej niezawisłe niż polskie) rozpatrzył sprawę starannie, ZANIM uznano wniosek o ekstradycję. Miało być o innych „bohaterach” – Anonymous. Też poczytajcie w Wiki: http://en.wikipedia.org/wiki/Anonymous_(group). Jeśli komuś z nimi po drodze – proszę bardzo. Mi, prostemu człowiekowi (bo członkiem „elity”, przyzwalającej na kradzież nie chcę być) jakoś nie po drodze. Tak samo jak nie po drodze mi z rządem, który ogranicza (i bez ACTA) wolność wypowiedzi. Nie po drodze mi z partiami, które wiją się teraz jak piskorze, żeby na sprawie ACTA zyskać kapitał polityczny. Nie po drodze mi z dziennikarzami, którzy, zamiast opisywać rzetelnie rzeczywistość, maszerują z hasłem „wolne media” na sztandarach, oczekując, że ich idea stanie się jedynie słuszną. Mam dość!

Elita? Nadzieja dla Polski?

Oj narażę się, narażę. Jaka z Was elita? Czytać ledwo potraficie, bo jeśli już, czytacie między wierszami, nie potrafiąc przeczytać wierszy. Przynajmniej większość z Was. Krzyczycie o dostępie do kultury. Do jakiej kultury??? Demotów? Kwejków? A co to za kultura? Fileshare’ów z amerykańskimi (tak, tak, wyprodukowanymi w tym opresyjnym kraju, który tak nas za pomocą ACTA uciska) sitcomami? Chomika? Przeglądając fejsbuka, patrząc na wpisy typu: „najważniejsze, że nową FIFĘ udało się ściągnąć”, „A ja już mam wszystkie sezony House’a na dysku”, najpierw załamuję ręce, a potem stwierdzam: Dość!

Ja wiem, czasy się zmieniają (Cytując „klasyka”: Dzisiaj czasy się zmieniły, nikt nie pieprzy już o gwiazdach), ale coś „mi się nie zgadza”: jeszcze w latach 2004-2005 w Bydgoszczy, współpracując ze studenckim magazynem „Chleba i Igrzysk” (pozdrowienia i podziękowania dla Kowala, Sto(i)ckiego, Kuzyna i całej reszty) DEBATOWALIŚMY o kulturze. O tym, jak spłyca się rozumienie kultury. O tym, że zniknęła kultura studencka – ta specyficzna, typowo akademicka wtopiła się w pop-kulturę. Kluby studenckie w większości zmieniły się w dyskoteki, lub kluby „grające” to samo, co „cywilne”, pozaakademickie. Pop-kultura zabiła kulturę studencką. Głosy były różne, ale mogliśmy swobodnie dyskutować i sprzeczać się, a następnie wydać numer magazynu, zachowując KAŻDY SWOJE ZDANIE. Wszyscy ceniliśmy Kisiela, jego prowokacje, zmuszające czytelników felietonów albo do myślenia, albo do głupiego obrażania się. I często też jechaliśmy „po bandzie”. A to „student-alkoholik”, a to stwierdzenie, że kultura alternatywna (Underground), tak samo jak studencka umarła – bo czymże jest 100 000 płyt zespołu punkowego, jak nie kolejnym wcieleniem kultury (bardzo) popularnej? W czasach współczesnych odkurza się, popularyzuje punk z lat PRL – słusznie. Ale reedycja tamtych utworów to już nie alternatywa, tylko trochę inny stream popu. Pisałem w „CiI” o Januszu Żernickim (http://pl.wikipedia.org/wiki/Janusz_%C5%BBernicki). Kto go zna? Niewielu… Tymczasem tzw. ciechociński Okres Stachury (o, teraz to się można wykazać, że wiemy, któż on) jest ściśle z Januszem związany. Ilu z was kojarzy zespół RSC? A ilu kojarzy Lombard? No właśnie… Wam nie chodzi o dostęp do kultury. Wam chodzi o dostęp do POWIELANYCH, KOPIOWANYCH, POPULARNYCH treści. Wam nie chodzi o twórczość, tylko o odtwórczość.Generacja „skopiuj-wklej”, generacja „udostępnij”, generacja „myśl jak reszta”. Bracia Wachowscy osadzili „Matrixa” w jakiejś alternatywnej rzeczywistości – tymczasem „Matrix” dzieje się tu i teraz. Nie myślicie, nie tworzycie – powielacie pożądane wzorce. I nie ma znaczenia, czy pożądane przez władze, czy przez kogoś innego. Nie jesteście elitą. Jesteście tłumem – mięchem armatnim w wojnie korporacji i władz. A że sojusze w tej wojnie często się zmieniają, więc i Was ganiają po polu bitwy w jedną lub drugą stronę.

Myślę więc jestem? Jestem, więc myślę!

Odwróciła się maksyma Kartezjusza. Wydaje wam się, że skoro już „jesteście” na fejsie, kwejku, twiterze, to każda wasza myśl jest twórcza. Otóż nie. Cały czas twórcze są tylko te myśli, które wytworzycie. Kopiowanie, wklejenie, udostępnianie to tylko PRZEKAZYWANIE myśli kogoś innego. Niestety, nastąpiło powszechne uznanie takiego procesu jako procesu twórczego . Umiejętnie podsycane przez właścicieli serwisów, którzy wmawiają wam, że sam fakt „bycia” oznacza, że jesteście twórcami. Twórcze są wasz fotografie (nawet na tle meblościanki), ale nie przeklejone fotki kogoś innego. Twórcze są autorskie demoty, a nie przeklejone z innego serwisu. Twórcze są apele o pomoc pisane własnym zdaniem, a nie „skopiowane na twoją tablicę”. Twórcze jest wyprodukowanie i wyrażenie własnej opinii, a nie wklejenie „Komentarz usunięty przez ACTA”. Twórcze są mody do gier, a nie screenshoty z waszych „dokonań” w grze.

Inwigilacja w sieci…

… istnieje od początku jej istnienia. Taka natura Internetu. Adresacja IP, nicki, konta użytkownika – to wszystko pozwala inwigilować DOWOLNEGO użytkownika. Oczywiście, można się ukryć, jak i w świecie realnym. Wtedy można trolować, flejmować, hakować, spamować bezkarnie. W każdym innym przypadku, i takich jest większość – WSZYSTKO co robicie jest powszechnie dostępne. Nie tylko dla waszych, równie ambitnych, jak wy, znajomych. Również dla władz, cyberprzestępców, waszych pracodawców. I na pewno na jakimś etapie życia to do Was wróci. Na tej samej zasadzie wyłapywano tych, co zamawiali „5 piw”, na tej samej zasadzie (niesłusznie) ABW „dorwała” faceta od strony antykomor.pl. Chcecie żyć bez inwigilacji w sieci? To wynieście się z sieci. Nie ma innej metody. Inwigiluje was fejsbuk, twitter, kwejk, onet, wp, cholera wie, kto jeszcze. Amerykańskie służby typu FBI, CIA, NSA podobno też (Echelon). Inwigilują Was Chińczycy (sporo pirackiego contentu ze spyware’m „na dokładkę” właśnie z Chin pochodzi), pewnie Rosjanie i Białorusini, i pewnie jeszcze z dziesięć do dwudziestu państw, poza naszym własnym. Jakoś tego nie zauważacie, mimo „wrodzonej” elicie inteligencji. Nie chcecie takiej inwigilacji? To pakować plecak i na smolarnie w Bieszczady. Mówicie: sieć jest wolna! Tak, na tyle, na ile pozwolą jej być wolną dostawcy i administratorzy. Wy, niestety, dopóki z niej korzystacie, niewiele macie do powiedzenia. Możecie się zgodzić – i korzystać, albo nie zgodzić – i nie korzystać. Myślicie, że Facebook jest wieczny? A pamiętacie czasy przed Fejsem? Ile serwisów popadało? Mimo sprzeciwów Użytkowników? Jeśli „ktoś” zechce Wam wyłączyć fejsa, cz w ogóle usługi Internetu – mimo wychodzenia na ulice nic nie zrobicie. Witajcie w świecie korporacji…

Od obrony wolności do chamstwa droga krótka – 3 do 4 dni


Obiecuję to sobie przy każdym kolejnym poście – dość o ACTA. Ale, jak już pisałem, co chwila wychodzą głupotki „wolnościowców”. Przypomnę – ZGADZAM SIĘ, że:

  1. Tryb negocjowania, ustalania i wdrażania ACTA woła o pomstę do nieba – , choć z drugiej strony – dotychczas mało kto się tym interesował. Rząd zaliczył faila, EU i europosłowie zaliczyli faila – FAKT
  2. Zapisy ACTA potencjalnie, powtarzam, POTENCJALNIE, mogą być nadinterpretowane w celu wzmocnienia kontroli treści i działalności internautów. ACTA co prawda zostawia to do decyzji stron (czyli RZĄDU) i prawodawstwa poszczególnych krajów, ale potencjalne ryzyko jest. FAKT

Niemniej jednak nie przekonują mnie argumenty „wolnościowe”. Dlaczego? Choćby dlatego, że owi „wolnościowcy” tak się zachłysnęli swoją rewolucją, że zaczęli polować na czarownice. „Nobody expects Spanish Inquisition” – chciałoby się pośmiać za Monty Pythonem. Ale tu nie ma „nic do śmiacia”.

Doj…ć Hołdysowi!

Jakiś „Idealista” wpadł na pomysł, żeby zgłosić do administratorów Fejsbuka konto Z. Hołdysa z przyczyny – cytat: „nikt nie będzie nazywał mnie złodziejem” (jak inaczej nazwać kogoś, kto kradnie? – i Robin Hood, i Janosik, i Paramonow byli złodziejami). Poszło w Polskę, znaczy w sieć. I się zaczeło… Kolejni wpadli na pomysł, żeby zgłosić strony fejsowe Rządu (tego złego, co podpisuje ACTA), KPRM, wkrótce dobiorą się i do bloga Kasi Tusk, żeby wpłynęła na decyzję taty, aby była „jedynie słuszna”. Drodzy „rewolucjoniści” – podczas rewolucji francuskiej od jej wybuchu do wprowadzenia terroru przez jakobinów minęło kilkanaście miesięcy, bolszewikom w 1917 zajęło to kilka tygodni, wam wprowadzenie cyberterroru zajęło 3-4 dni. Jesteście tłumem, żądającym głowy Ludwika XVI, jesteście motłochem domagającym się wieszania cara Mikołaja II. Jesteście nie obrońcami wolności, a katami demokracji. Tak walczycie o wolny Internet? Więc czemu NIE WOLNO nie zgadzać się z Wami? To znaczy – przepraszam – wolno, ale wtedy pokażecie co potraficie – zablokujecie strony, doprowadzicie do zablokowania kont. Kneblujecie tych, co myślą inaczej.

Zabawne, i żałosne zarazem jest to, że robicie to w imię walki z zagrożeniem wolności wypowiedzi. To pokazuje jakimi hipokrytami jesteście. Tu nie chodzi o wolność. Tu chodzi o wasz „fun” – waszą chwilę triumfu. Dla mnie nie ma znaczenia czy totalitaryzm wprowadzi Rząd RP, Komisja EU, ACTA, czy wy – obrońcy wolności. System totalny – blokujący niezależność jednostek zawsze będzie systemem totalnym, niezależnie od pięknych idei wypisanych na transparentach.

Pospolite (nie)ruszenie sprzed monitora


Miało nie być o ACTA. Ale kusi, kusi… Co raz dzieją się rzeczy śmieszne/żałosne (niepotrzebne skreślić). Po raz kolejny (ACTA) „ruch progresywny” i „obrońcy wolności” protestują. Po raz kolejny „przeciw”. Po raz kolejny bez sensu. Obwołują swój protest rewolucją. Jeśli jest niebo dla komunistów, Lenin i Stalin tarzają się ze śmiechu. Dlaczego? Gdyż cała rewolucja jest żałosna, a służy tylko… no właśnie, komu?

Bądź ANONYMOUS za „tylko” 35PLN

Przykład pierwszy. Zarówno sympatycy Anonymous, jak i cała masa „protestujących”, „Oburzonych” korzysta z wizerunku V (V jak Vendetta). Chwała im za popularyzację filmu (i komiksu), bo film (i komiks) niezły jest. Dla przypomnienia: V przywdziewa maskę przedstawiającą Guya Fawkesa (http://pl.wikipedia.org/wiki/Guy_Fawkes), jako symbol oporu przeciw władzy. Tak dla przypomnienia – Fawkes był katolikiem walczącym przeciw protestantom, V zaś walczył przeciw władzy podpierającej się „jedyną słuszną” ideologią. Fajnie – faktycznie ciekawy wzór do naśladowania. Zarówno czyn Fawkesa, jak i działania V, miały obudzić naród/społeczeństwo z letargu. spowodować, by ludzie zaczęli samodzielnie myśleć, i przeciwstawili się tyrani, uosabiającej zło. Jeszce lepiej.  V maski Fawkesa rozdaje, wysyła do obywateli Anglii, inspiruje ich do myślenia, samodzielności, indywidualności (o to właśnie walczy – o społeczeństwo wielonurtowe, pełne indywidualności). Tymczasem w Polsce…

http://4gift.pl/maska-anonymous.html

Buahahaha! Znalazł się cwaniak, który na naiwnych zarobi. Czytaj dalej

Dlaczego Wyborcza jest „anty-ACTA”?


Dzisiaj na portalu GW ukazał się tekst Jacka Żakowskiego: ACTA ad acta. Rozbawił mnie straszliwie. Otóż jeden z czołowych dziennikarzy czołowego dziennika w kraju pisze:

Gdy władza tak uporczywie spiskuje przeciw obywatelom, jej legitymacja staje się wątpliwa, a sprzeciw jest uprawniony. Przynajmniej w granicach, w których ten atak się mieści.

Czyli, gdybyśmy np. uznali, że dowolne regulacje prawne (aborcja, ustawa refundacyjna, ordynacja wyborcza) są „spiskiem władzy przeciw obywatelom”, mamy prawo protestować. Ciekawe, zwłaszcza, że często w takich wypadkach Jacek Żakowski legitymizuje władze, i żąda zaprzestania oszołomstwa i „czepiania się”, bo w końcu władza działa dla dobra obywateli… Idźmy dalej:

Ten proces, który genewskie Obserwatorium Finansów nazywa finansjalizacją, to postępująca zamiana relacji na transakcje. W przypadku ACTA chodzi o ugruntowanie w prawie międzynarodowym zamiany relacji twórcy i odbiorcy w transakcję dostawcy z nabywcą. Wedle logiki stosowanej w ACTA sensem twórczości przestaje być inspiracja, a staje się transakcja.

Brawo – dogłębna analiza, panie Jacku! Szkoda tylko, że nie zauważył Pan tego wcześniej – proces ten postępuje przez pół wieku XX i pierwsze kilkanaście lat XXI. Ba, szkoda, że Pan nie zauważył, że dokładnie taki model funkcjonuje w Pana, i Pańskich kolegów, twórczości. Czy może – co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie?

Od 30 lat finansjalizacja dewastuje kolejne sfery życia społecznego. Zamienia pacjenta w klienta, a lekarza w dostawcę usługi medycznej. Ucznia zamienia w nabywcę oferty edukacyjnej, nauczyciela czyni jej wykonawcą. Czytelnika czy widza przemienia w target reklamowy, wierzyciela w anonimowego posiadacza prawa do kredytu, które może w każdej chwili komukolwiek odstąpić, z adwokata czyni przedstawiciela prawnego, z dziennikarza – mediaworkera, z naukowca – dostawcę wiedzy lub innowacji itp. Istotą przestaje być treść relacji, a staje się wartość transakcji.

No cóż – nic tylko się zgodzić. Tylko, że pojawiają się pytania: Czytaj dalej

Płatna „kultura”


W poście o ACTA (tutaj) wspomniałem o tym, że kwestia opłat za treści to insza inszość. No właśnie. Zgodzimy się, że twórcy wynagrodzenie się należy. Należy się też wydawcy. Ale jaka ta płatność ma być?

Dopóki artyści (różni) i naukowcy byli objęci mecenatem możnych, wszystko było proste. Dopóki trupa teatralna utrzymywała sie z tego, co gawiedź wrzuciła „kapelusza”, wszystko było łatwe. Od momentu, gdy mecenasi stali się pośrednikami i również zaczęli zarabiać na artystach, sprawa się skomplikowała. I mamy obecną sytuację, gdy Twórcy się należy, ale od kogo, ile, za co?

W skrócie – jak pogodzić Twórców i Klientów? Odpowiedź prosta: NIE DA SIĘ (jedni chcą zyskać jak najwięcej, drudzy – jak najwięcej oszczędzić). Odpowiedź złożona: To zależy… Od wielu rzeczy

Wizja liberalna

W wizji liberalnej i wolnorynkowej wszystkim rządzi rynek. Twórca i Wydawca (Dostawca) wycenia produkt, Klient (Odbiorca) decyduje, czy kupić. Podaż i popyt. Proste? Tak, ale. Żeby zmaksymalizować zyski ( a więc i zarobki Twórcy/Wydawcy), co jest celem kapitalistycznego, wolnorynkowego podejścia Dostawcy – trzeba zmaksymalizować popyt, najlepiej przy ograniczonej podaży – wówczas Klienci zapłacą więcej. Więc trzeba produkt (twórczość) reklamować. Reklama kosztuje, więc koszty są większe, zyski mniejsze. Kółko graniaste. Czytaj dalej

%d blogerów lubi to: