Archive for the ‘ Przemyślenia ’ Category

Czy rak…


Krótki post… naprawdę… Jedna z bardzo mi bliskich osób dowiedziała się w czerwcu, że ma raka. Dzisiaj już wiem, że leczenia nawet nie podejmie. Nie będzie o bezdusznym NFZ… Nie… Od czerwca do dziś wykonano: badania wstępne, analitykę krwi, tomografię, dwie biopsje, embolizację guza pierwotnego. I nic… Choroba wyprzedziła nas o  kilka długości… Przerzuty są tak rozległe i tak mocno osłabiają chorego, że żaden lekarz nie podejmie się leczenia. Ani metodami refundowanymi, ani tymi nierefundowanymi.

Jestem nieczuły…

Życzę choremu, żeby umarł spokojnie i bez zbędnego cierpienia.

Kocham cię, Tato. Wiem, że tego już nie przeczytasz. Nie wiem, czy zdążę ci to powiedzieć. Kocham cię Tato, i jestem z Ciebie dumny – z twojego życia i twoich osiągnięć. Dziękuję za wszystko co zrobiłeś dla mnie, i za to czego mnie nauczyłeś.

 

Reklamy

Po EURO, po przerwie…


Ufff, niemal 4 miesiące przerwy w pisaniu bloga – praca, inne zajęcia, jakiś rejsik po Bałtyku. I wracam. Wkrótce nowe posty – wciąż w klimacie – dyskutujmy i obnażajmy absurdy naszej rzeczywistości.

Jestem antysemitą??? Ciąg dalszy: Jestem homofobem???


Było już o moich poglądach odnośnie Żydów. A dziś, trochę zainspirowany wczorajszymi wieczornymi rozmowami z Diablicą (te kilkaset kilometrów tęsknoty pozwala nam rozwinąć intelektualną część związku ;-)), które bynajmniej nie były o gejach, postanowiłem napisać trochę i o tym. Temat modny, nośny, bo środowiska LGBT są silne, mają swoich posłów (choć nie najmądrzejszych), mają silne wsparcie w lewicy – i tej partyjnej (SLD, RP) i tej kanapowo-bojówkowej (Krytyka Polityczna). I pewnie zostanę homofobem prze aklamację, bo znów (niestety) komuś mylą się tolerancja z bezwarunkowym poparciem.

Gej Okej

Gejem być – w dzisiejszych czasach to brzmi dumnie. Jest modne, zgodne z duchem czasów, trendy, jazzy, i co tam jeszcze… I w zasadzie nie ma problemu z tym, że geje rosną jak grzyby po deszczu, choć mam lekki dysonans poznawczy (otóż liczba homoseksualnych mężczyzn rośnie nieproporcjonalnie bardziej niż liczba homoseksualnych kobiet, nie mówiąc o orientacji bi- czy o transseksualistach). W dodatku modne stało się popieranie wszelkich praw dla „mniejszości” LGBT. Biorąc pod uwagę trendy – za kilka lat przyjdzie mi walczyć o prawa mniejszości heteroseksualnej. Ale zostawmy wątek „nadprodukcji” gejów – według mnie – jakaś głupia moda na „bycie gejem” – zresztą mężczyźni coraz bardziej zniewieścieli, kobiety coraz bardziej sfeminizowane… Taki lajf. Czy już jestem homofobem? Nie? To jedźmy dalej:

Co najmniej od 15 roku życia miałem do czynienia ze środowiskiem LGBT. Jedna z koleżanek jest zadeklarowaną lesbijką, kilka osób deklarowało się jako biseksualne. Nigdy nie stanowiło to problemu nie tylko dla mnie, ale nawet dla moich rodziców. Osoby te bywały w moim domu, razem imprezowaliśmy, ba, z koleżanką les czasem wymienialiśmy się poglądami o atrakcyjności innych dziewczyn. Nie było też syndromu posła Węgrzyna – nigdy nie robiłem „podjazdów” na zasadzie „chcę popatrzeć”, „a może trójkącik”. Wzajemny szacunek. Tolerancja – tylko tyle i aż tyle.

A więc – z byciem LGBT nie mam problemu. Więc nie jestem homofobem?

Związki „bezpłciowe”

Problemu (siłą rzeczy) nie stanowią również związki jednopłciowe (czy, jak to jeden ze znajomych określił – bezpłciowe – bo jeśli nie ma rozróżnienia, to płeć w takim związku nie istnieje). Nikogo nie zapraszam do swojej sypialni, więc nie będę też wchodził do cudzej. Tak samo, jak nie stanowią dla mnie problemu małżeństwa romskie, gdzie nowożeńcy mają po 15 lat (dojrzałość seksualna już jest, dojrzałość psychiczna i społeczna kształtuje się w grupie – a Romowie są wewnętrznie mocno zintegrowani, choć różni od nas pod względem poglądów społecznych), tak nie stanowi dla mnie problemu dwóch panów w łódce (nie licząc psa), czy dwóch pań na stole (wśród mielonych kotletów). Każdy ma prawo do orgazmu (cytat, a jak). Każdy ma prawo do swojej seksualnej i emocjonalnej wolności, o ile tą wolnością nie ogranicza wolności innych. Ba, takie związki powinny być legalne w sensie prawnym, powinny mieć zapewnione dokładnie takie same prawa jak małżeństwa cywilne (związki konkubinackie też!). Z jednym wyjątkiem…

Adopcji przez gejów mówię stanowcze NIE!!!

To jest problem – to dlatego mogę, mimo tolerancji i akceptacji okazać się homofobem. Otóż adopcji dzieci przez pary homoseksualne sprzeciwiam się – i to dla zasady. Owszem, widzę możliwość „posiadania” przez taką parę dziecka, czy nawet dzieci. Po pierwsze – dlaczego piszę „posiadania” – gdyż patrząc na lobbing środowisk LGBT, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że dziecko, jego szczęście, nie jest tu brane pod uwagę – najważniejsze jest zaspokojenie potrzeb emocjonalnych owych adoptujących „rodziców”. Po drugie – kiedy dopuszczam taką sytuację? Kiedy jeden z partnerów jest biologicznym rodzicem dziecka. Przykład: Para gejów chce mieć dziecko. OK, więc jeden z panów zostaje dawcą nasienia (czy w sposób naturalny, czy nie – nie moja sprawa), kobieta (nie wiem jaka się zdecyduje, ale pewnie się jakaś znajdzie) rodzi dziecko, w tym momencie para gejów otrzymuje PRAWO DO OPIEKI nad dzieckiem, POD WARUNKIEM utrzymania praw rodzicielskich i kontaktów z matką dziecka. Takiej sytuacji nic nie mogę zarzucić. Adopcja i wychowanie w środowisku jednopłciowym nie pasuje mi. I absolutnie nie ze względu na „tradycyjny model rodziny” – jako rozwodnik mam swoje, dość ostre zdanie na ten temat. Chodzi o wychowanie w tzw. równowadze płci – dziecko musi mieć świadomość, że na świecie funkcjonują dwie płcie, że związki homo- i heteroseksulane są równoważne, że płcie są równoważne. Dodatkowo (i teraz pewnie oberwie mi się od feministek i LGBT po równo) dziecko musi poznać społeczną rolę matki (kobiety) i ojca (mężczyzny). Niezależnie od starań „rodziców” gejów nie da się tego zrobić z perspektywy jednej płci. Możecie rzucać przykładami Eltona Johna i jego partnera, lub innych egzotycznych związków – problemem jest to, że w takich związkach to nie „rodzice” (dla których właśnie – POSIADANIE dziecka jest manifestacją emocjonalną), a opiekunki zajmują się dziećmi.  I to też nie jest normalne, jeśli chce się być rodzicem.

W skrócie – gej/lesbijka rodzic – TAK, ale drugim rodzicem musi być ktoś o płci przeciwnej. Właśnie dlatego spora część poprawnie myślących nazwie mnie homofobem i nietolerancyjnym gburem.

Fejsbuk (nie) dla wszystkich…


I przyszło mi się zmierzyć z tematem… Poniekąd chcę się z nim zmierzyć. Może, żeby wyjaśnić pewne moje działania, może, żeby uzupełnić blog o dalszą „spowiedź” z poglądów, a może po prostu dlatego, żeby „oczyścić” temat i móc zając się innymi. Sprawa prosta:

Przypadek AS kontra psie adopcje*)

Kolega AS od jakiegoś czasu „czyści” sobie profil fejsowy ze „śmieci”. W jego ocenie „śmieci” to m.in. nawoływanki o bojkoty, adopcje zwierzaków itd (dokładne kryteria zna on sam). Do tego usuwa ze znajomych osoby, które na w/w polu załapią „podpadziochę”. I mimo, że w jakiejś części (nie wiem jakiej) poglądy mamy różne, ja tej podpadziochy nie złapałem – i owszem – czasem sobie podyskutujemy na „nie”, czasem się zgodzimy – normalnie, jak między ludźmi. Z jednej strony chciałbym wiedzieć, jakie dokładnie kryteria przyświecają koledze przy usuwaniu ze znajomych, subskrybcji itd. Z drugiej – w ogóle mnie to nie interesuje. Jego sprawa. Przy okazji „dyskusji o” stwierdziłem, że jeśli natyka się w Social Mediach na treści „niechciane”, ma dwa trzy wyjścia: filtrować, zaakceptować śmietnik, albo zniknąć z fejsa. I niekoniecznie trzeba co jakiś czas nawoływać: ogarnijcie się, bo polecicie. Jak ktoś sobie nagrabi, leci i tyle.

Mi osobiście „psie adopcje” nie przeszkadzają – ba, w ten sposób wzbogaciłem się o psa. Ale rozumiem, że komuś mogą. Rozumiem jeszcze coś innego – koleżanka, dzięki której mam psa, SAMA aktywnie pracuje na rzecz schroniska. Działa tam, pomaga psom i schronisku na żywo, a PRZY OKAZJI wykorzystuje fejsa, aby znaleźć tym psom dom. I jej postawa jest według mnie jak najbardziej w porządku. Z kolei postawa: „biedny piesek – skopiuj i wklej, może ktoś się znajdzie” już nie do końca mi pasuje. Chcesz pomóc – zaangażuj się. Przekazywanie łańcuszka „do wszystkich świętych” jest, hmmmm, trochę zakłamane. Rozumiem zaangażowanie (nielubianej przeze mnie prywatnie za inne sprawy) koleżanki EW – sama adoptuje kilka zwierząt na raz. Nie rozumiem kogoś, kto nie ma psa, nie chce mieć psa, a wali po fejsie „skopiuj -wklej”.

Nie rozumiem fejsowych „bojkotów” – marek, imprez, itd. w związku z dowolnym tematem. Chcesz – idziesz/kupujesz, nie chcesz – nie idziesz/nie kupujesz.  Podobnie wybory – chcesz – idziesz/głosujesz, nie chcesz – to nie… Nie rozumiem (w sensie społecznym, bo w sensie marketingu elektronicznego i handlu fanami rozumiem aż za dobrze) fejsowego „podpisywania list” na zasadzie kliknięcia „Lubię to” – chcesz być pro-, weź dupę w troki, idź i podpisz. Nie chcesz – po cholerę klikasz „Lubię to”? Podobnie – jest event – na fejsie – 300 osób na pewno idzie, w realu – może 50. Po co? Na co? Że się „wirtualnie” bywa? Wolę (wciąż) funkcjonować w realu. A jeśli już sieciowo, to NAPRAWDĘ (webinaria, blog, jakaś AKTYWNOŚĆ własna). Nie rozumiem, mimo, że z fejsa, i innych sieciowych narzędzi, korzystam sporo – pędu do bycia „społecznym” w internecie, podczas gdy w realu ma się „wywalone” na wszystko.

Przypadki RD i JAS – polecieli ze znajomych

Dwie osoby usunąłem ze znajomych. Za co? W mojej ocenie za idiotyzm, infantylność, a przede wszystkim za wyznawanie „jedynie słusznych” poglądów. RD poleciał przy okazji ACTA – kompleksowo za znak PW 2012, za nawoływanie do zgłaszania stron Hołdysa do blokady przez adminów, i za hasło w stylu: jest nas dużo, więc nam wolno. JAS poleciała dzisiaj, za… głupią w gruncie rzeczy dyskusję. Konkretnie za jej pointę tej dyskusji: „Fejs nie jest do tego, żebyś TY (w sensie ja) swoje osobiste poglądy głosił”. Ekhm, to do czego jest? DO tego, żebym głosił poglądy politycznie poprawne? Nikomu nie przeszkadzające? Ciekawe, że koleżanka JAS NIE MA takich hamulców, i swoimi poglądami epatuje wszem i wobec. A więc – podwójna etyka. Mi wolno, innym nie. Ja mogę, inni nie. Z jednej strony – to, że nie życzy sobie moich poglądów oglądać – wspólne z kolegą AS, z drugiej – od kolegi AS NIGDY nie usłyszałem, że nie mam prawa swoich poglądów na fejsie ogłaszać. Ewentualnie, że one go nie interesują.

Otóż SM działają właśnie tak: MASZ PRAWO, drogi Użytkowniku, wklejać, pisać dowolne głupoty, jakie przyjdą ci do głowy. Pamiętaj jednak, że inni użytkownicy widzą co piszesz/wklejasz, i mogą mieć inne zdanie. Ba, mogą je wyrazić w reakcji na twoją „twórczość”. I nie masz prawa im tego zabronić. Z jednym wyrzucony przeze mnie kolega RD ma racje – SM to demokracja, demokracja bezpośrednia – mamy prawo wyrzucać z siebie dowolne głupoty. A SM wystawią to pod ocenę innych (czy nam się to podoba, czy nie). Przy okazji ACTA objechał mnie kilkakrotnie kolega MS. Nie poleciał ze znajomych. Dlaczego? Dlatego, że nie bronił mi moich poglądów – owszem – ostro prezentował swoje, i jakąś tam zadziorkę wbił mi w duszę. Ale nie nawoływał do ograniczania wolności mi, czy komukolwiek innemu. A właśnie to jest dla mnie wartością SM: mnogość poglądów (nawet głupich). Dzięki temu każdy ma prawo powiedzieć, co chce. I ode mnie zależy, czy się zgodzę, nie zgodzę, czy stwierdzę, że to bzdura. I tak samo jak ja mogę mówić: „Jesteś idiotą, ale to twoje prawo”, tak samo każdy może mi powiedzieć. Problem zaczyna się, jeśli zaczynamy cenzurować, co można, a czego nie wolno powiedzieć.

Prywatne a publiczne, do dyskusji lub nie

Każdy z nas ma swoje, prywatne poglądy. Dopóki zachowujemy je dla siebie, są prywatne. Dopóki treści przez nas tworzone chowamy do szuflady, albo na twardym dysku komputera – są to treści prywatne. Jeśli jednak w dowolny sposób je upubliczniamy – stają się treściami publicznymi. O to ścinam się raz na jakiś czas z Diablicą. Ona swój blog uważa za prywatny, niezależnie od tego, czy jest, czy nie jest dostępny. Dla mnie niedostępny = prywatny, dostępny = publiczny – specyfika sieci… Niedawno zalinkowałem jej bloga (wówczas publicznie dostępnego) i dostałem OPR. Według mnie niesłusznie, według niej – słusznie. Co prawda więcej bym tego nie zrobił, bo ją to uraziło, a akurat z jej zdaniem bardzo się liczę, jednak dzisiaj, po dyskusji na temat Diablica zrobiła słuszną rzecz, żeby bloga „sprywatyzować” – zmiana kategorii na prywatny, wysłanie do mnie zaproszenia do czytania – super – nie wszyscy mają dostęp, blog prywatny, więc CZUJĘ SIĘ ZOBOWIĄZANY do uszanowania tego. Jeśli natomiast wkleja się „cuś” na fejsie – widoczne jest dla wszystkich – dlaczego nie miałbym wyrazić swojej opinii??? Dlaczego miałbym w połowie dyskusji stwierdzać, że „to coś nie do dyskusji”??? Nawet, jeśli poglądy są kontrowersyjne – jeśli dzielimy się swoimi uczuciami publicznie, przestają być prywatną sprawą.

Podobnie temat – mądre czy głupie? Artykuł z Gazety.pl jest wart dyskusji… OK, nie każdy (według mnie), ale OK. A czy demot, durny obrazek, filmik z YT jest wart dyskusji? Czy możemy określić dla każdej treści odpowiedni „poziom powagi”, żeby zacząć dyskusję? Nie bardzo… Tym bardziej, że sporo użytkowników fejsa traktuje całkiem serio coś, co dla innych jest bzdurą. Poza tym – przyjmując, że każda „treść” wrzucona do SM jest treścią twórczą (chociaż ja się nie do końca z tym zgadzam), to każda taka „treść” jest polem do dyskusji. Mądrej czy głupiej, pustej, czy owocnej, to inna sprawa. Ale nie zabraniajcie mi mieć swojej opinii nawet na temat głupot, które ludzie wklejają na swoje tablice. Bo często świadczy to o ich postawie wobec innych, i świata.

*) ze względu na ochronę danych osobowych – zamiast imion, nazwisk, pseudonimów są inicjały.

Polityczna (nie)poradność


No, w końcu pojawił sie temat zasługujący na graficzkę: Wicepremiera Waldiego „Pokerface” Pawlaka ostatnio roznoszą na językach koalicjanci. Poszło o jego wypowiedź o emeryturach. Z jednej strony nie dziwie się oburzeniu: Wicepremier, minister rządu itd. – a tu bach w plany Tuska i Rostowskiego sięgnięcia do kieszeni obywateli (umówmy się – ani w ZUS, ani w OFE emerytury nie będą wysokie. Jedyna różnica to to, kto na naszych pieniądzach łapę trzyma). Z drugiej – jak najbardziej zgadzam się z Pawlakiem, że NIE MOŻNA UFAĆ emeryturom z ZUS (z KRUS też zresztą nie). A jeśli on nie ufa (jako wieloletni parlamentarzysta, rolnik dopłacany z Unii, przedsiębiorca ma spore dochody, z których TEORETYCZNIE wynika wysoka emerytura), to czemu niby my, maluczcy mielibyśmy ufać? Zresztą ja jakoś nigdy nie wierzyłem, że:

  • przy ciągłych zmianach rządzących utrzymają się OFE, nie mówiąc o dokończeniu reformy emerytalnej;
  • przy wirtualnych kryzysach utrzyma się płynność rynków umożliwiająca OFE sprawne pomnażanie pieniędzy;
  • ktokolwiek podniesie rękę na ZUS/KRUS;

Dlaczego nie? Bo

  • rządzący mają tendencję do ciągłego pieprzenia dobrych skądinąd pomysłów. proste rzeczy obudowują komplikatorami, co nazywane jest, uwaga: postępem i rozwojem;
  • banki (większość) generują zyski mimo kryzysów, instrumenty pochodne nadal funkcjonują na rynku, a za „kryzys” płacą drobni ciułacze (w skali globalnej OFE jest drobnym ciułaczem), zresztą – kryzys też dotyka wartości wirtualnych, bo obecny pieniądz (niezależnie od waluty) nie jest w żaden sposób powiązany z dobrami realnymi. Ba, na „kryzysie” zarabiają WCIĄŻ spekulanci – narzędzia typu FOREX, kolejne, coraz bardziej złożone mechanizmy pochodne, a nawet proste zakłady – czy Włochy upadną, czy nie;
  • ZUS/KRUS to: liczne posady dla partyjnych kolegów, armia urzędników, którzy mogą doprowadzić do ostrych protestów społecznych (jak nie naliczą emerytur przez jeden miesiąc – kto beknie? RZĄD), to miejsca pracy (a to, że praca jest w rozrastającej się jak rak biurokracji i niczego poza makulaturą nie wytwarza – nie ma przecież znaczenia.

Więc z jednej strony Pawlak zrobił be, bo strzelił kolejnego samobója rządowi. Z drugiej Pawlak jest cacy, bo chłop po ludzku mówi prawdę! Przy tendencjach demograficznych, coraz droższym życiu codziennym (mieszkanie, jedzenie, benzyna itd.), upaństwowionej (a więc drogiej i nieskutecznej) służbie zdrowia, itd. emerytur, nawet głodowych, dla wszystkich po prostu nie starczy! Dostaną je politycy, urzędnicy (bo się należy), nauczyciele, górnicy, rolnicy (bo jak wyjdą na ulice to każdy rząd narobi w portki), policjanci (bo ktoś musi demonstracje rozganiać). A reszta? A reszta ma podniesiony wiek emerytalny – dla mnie oznacza to, że emeryturą pocieszę się średnio kilka lat (wiek emerytalny: 67, średnia długość życia faceta – bodajże 71 lub 73 lata). O ile dożyję. Jak nie, wszystkie składki, które przez lata pracy zbierałem – przepadną (państwo na pewno mądrze je wykorzysta, na przykład na pensję gabinetu politycznego ministra). Oczywiście – jeszcze wiele lat przede mną, zanim do emerytury dożyję. Przez ten czas dużo się zmieni: łupki, EURO, prosperity (baju, baju, baj). NIE WIERZĘ, że cokolwiek co mogłoby pomóc społeczeństwu zostanie zrealizowane – bo prywatyzacja miała pomóc, bo reformy miały pomoc, bo to, bo siamto. NIE WIERZĘ, że znajdzie się partia, która utnie te mozolne zakłamywanie rzeczywistości (o czym już wspominałem).

Polityczną nieporadnością wykazał się nie Waldie „Pokerface” a właśnie „słodki” Donek. Waldi powiedział co myśli… Nawet jeśli strzela sobie i innym w kolano. A Tusk nieporadnie bredzi, że to przejęzyczenie. Był taki dowcip o przejęzyczeniu: chłop miał powiedzieć, że zupa jest za słona, a mu się wyrwało: ty k…o, zmarnowałaś mi całe moje życie.

Komu potrzebne społeczeństwo?

Okazuje się, że nikomu. Mniej obywateli – podnieśmy podatki na osobę. Brakuje pieniędzy – niech pracują dłużej. I tak dalej… tak dalej… Pytanie, czy dajemy się okłamywać, czy JAKO SPOŁECZEŃSTWO wierzymy, że nasi politycy coś dla nas robią. Dyżury Biur Poselskich – nie ma, to znaczy są, tylko biura zamknięte. Demokracja lokalna – referenda, sejmiki – wszystko pod dyktando „liderów” partii. System polityczny w Polsce stała się prywatnym folwarkiem kilku osób – „liderów”, po którym ganiają oni w te i nazad swoich pachołków – członków partii, i bydło – resztę społeczeństwa. A czy okłamanie bydlęcia jest grzechem? A kogo to obchodzi…

„Mądrość” tłumu Internautów – że co, proszę?


Oberwie mi się znów od wszystkich. Najpierw od lewaków i prawo(lewo)myślnych – regularnie czytam „Uważam Rze”. I w dużym stopniu cenię sobie tygodnik prawo(prawo)myślny. Przede wszystkim za Mazurka & Zalewskiego (ex Wprost) – wspaniale punktujących wszystkich naszych próżniaków. Poza tym za artykuły Bronisława Wildsteina (o, teraz to dopiero herezja), oraz cykl artykułów historycznych. Ba, da się nawet czytać Semkę, o ile pisze o kuchni. Oczywiście (i teraz oberwę od prawo(prawo)myślnych) nakładam na treści „UR” filtr „smoleński” – w końcu nie jestem „pisiorem” a zwykłym centrystą (i proszę – nie mylmy Centrum z PO). Więc już w trakcie czytania omijam wszelkie wtręty o Smoleńsku, Zamachu itd. Mam swoje zdanie na ten temat (może je kiedyś wyłuszczę), równie daleki od wersji PiS jak i od wersji „rządowo-TVNowskiej”.

Dla równowagi czytam Politykę, Angorę, Newsweek. Tylko z Wprost zrezygnowałem od czasu jak naczelnym został Lis. Może wrócę do Wprost teraz…Ale wróćmy do tematu. Otóż swoje trzy grosze ma w „UR” Eryk Mistewicz – kto nie zna, nie czyta, nie bywa radzę się douczyć, bo postać znana i (gdzieniegdzie) lubiana. Cykl Mistewicza pod znamiennym szyldem „Marketing narracyjny” w ostatnim numerze tygodnika sprawił mi niemały kłopot. Otóż z częścią tez Mistewicza się zgadzam (mniej więcej z pierwszą połową tekstu), a pozostałe absolutnie mi nie leżą, albo też leżą i kwiczą. Cóż zatem zaserwował nam „mistrz Eryk”?

Wojciech Maziarski, szef „Newsweek Polska”, przy okazji ACTA uderzył: „Utrzymanie się obecnych trendów grozi tym, że pewnego dnia obudzimy się w świecie bez profesjonalnych redakcji (…) Jeśli uznamy prasę za jeden z filarów demokracji i społeczeństwa obywatelskiego oraz chcemy ją utrzymać przy życiu, to walka z piractwem jawi się jako środek obrony wartości demokratycznych”. Ten cytat poraził mnie. Ostatni raz prasę z demokracją utożsamiali francuscy intelektualiści pół wieku temu

Trochę racji ma Mistewicz – porażające. Ale nie to, że Maziarski widzi w prasie filar demokracji (w końcu to samo w „UR”, Naszym Dzienniku widzą propisowscy [bo konserwatywni to są Anglicy, a prawicy w Polsce nie ma po prostu] komentatorzy, w tym, poniekąd, Mistewicz). Porażajace jest to, że Maziarski uważa, że OBOWIĄZKIEM społeczeństwa, rządu jest obrona PROFESJONALNYCH redakcji. A to clue (według mnie) wypowiedzi – PROFESJONALNI DZIENNIKARZE SĄ SPOŁECZEŃSTWU POTRZEBNI JAK CHLEB I WODA!!! Bo ja wiem… Ale o tym dalej. Na razie – Mistewicz tego nie zauważa. Dalej:

Regularnie powtarzają się i w Polsce kompromitujące: powtórki przez wszystkie stacje telewizyjne próby samobójczej pułkownika P., czy taśm detektywa R. z przesłuchania matki dziewczynki. Każdego tygodnia ta profesja – dziennikarstwo – kończy się.

Znów – trudno mi się nie zgodzić. Dziennikarstwo jako OBIEKTYWNE informowanie o wydarzeniach od dawna nie funkcjonuje. Dziennikarstwo pro- i antyreżimowe, w zależności od tego, kto akurat „jest u steru”, uprawiają wszyscy. Łącznie z dziennikarzami, obecnie współpracującymi z „Uważam Rze”. Dalej:

Media powinny dziś bronić Internetu, lecz widzą w nim głównie zagrożenie.

W kontekście tego, co Mistewicz pisze 2 akapity wcześniej o postrzeganiu przez czytelników prasy:

Jako biznes – tak, nośnik reklam i zarządzania informacją, opowiadania różnych historii do zachowania społecznego status quo – tak

Z jednej strony trudno się mediom dziwić (Internet to wolność, aż do anarchii, konkurencyjny nośnik reklamowy, i fajne narzędzie do manipulacji opinią – bo do tego sprowadza się „zachowanie społecznego status quo”). Z drugiej trudno NIE DZIWIĆ SIĘ Mistewiczowi – w końcu sam wyłuszcza, że media tradycyjne a Internet to konkurenci na rynku dostarczania informacji. Zaczynają się zgrzyty. A dalej trzaski, piski i rzeczywistość skrzeczy:

Dotychczasowe media sytuując się jako jedyni obrońcy wolności i demokracji tłamszą demokrację. Obsadzając siebie w roli strażników jej wartości, odmawiają jednocześnie tego prawa innym. Tak jak odmawiają użytkownikom sieci ZBIOROWEJ MĄDROŚCI (podkreślenie Kajaka).

O matko… z jednej strony konfabulacja, bo Maziarski nigdzie nie przeciwstawia tradycyjnych mediów Internetowi w kwestii obrony demokracji. Z drugiej pomieszanie pojęć – media faktycznie (w tym i „UR”) są mało demokratyczne pod względem uznania prawa „innych” do obrony demokracji. Nie mówiąc o tym, że w większości akcji Internautów (zresztą podobnie jak w akcjach innych „tłumów” ciężko mi jest doszukać się mądrości. Wręcz przeciwnie – większość działań dowolnego tłumu postrzegam jako głupie, niepotrzebne, faszyzujące  lub komunizujące. Działanie tłumu jest zaprzeczeniem mądrości (od szlacheckich sejmików, aż po masówki w sprawie ACTA). Tu wybitnie Mistewicz podpada. „Dorabia” ideologię.

Sieć zmienia demokrację, politykę, media

Racja, ale czy w dobry sposób (który, zdaje się, zakłada Mistewicz)? Według mnie nie. Internauci jako tłum są roszczeniowi, nie chcą z kolei ponosić odpowiedzialności. Wolą anonimowość. Z tego co pamiętam, pojęcie wolności łączy się z odpowiedzialnością. Wolność bez odpowiedzialności to anarchia. Mistewicz u mnie przepadł.

Kilka uwag…

PROFESJONALNI DZIENNIKARZE- czy należy im się „ochrona” społeczna – nie. Po prostu nie – dziennikarstwo profesjonalne w dzisiejszych czasach nie ma nic wspólnego z profesjonalizmem dziennikarskim. Raczej oznacza dostarczanie treści zgodnych z wolą pracodawcy. Zawód jak każdy inny… Nie ma tu żadnej misji. prędzej chroniłbym autentycznych dziennikarzy społecznych. Bo im zależy na pokazaniu spraw w sposób mniej lub bardziej profesjonalny i uczciwy. Obecnie dziennikarze „profesjonalni” niezależnie od „opcji politycznej” uprawiają propagandę.

Pamiętam pracę w redakcji profesjonalnej (GW, 1997) i nieprofesjonalnych (Chleba i Igrzysk, Świat Gier Komputerowych, 2004). Różnica? W redakcji „nieprofesjonalnej”, gdzie ludzi bardziej trzyma pasja niż etacik, pracuje się lepiej. Redakcja zamiast „oklasków dla red.prow” tętni dyskusją, fermentem, pomysłami, entuzjazmem do tworzenia. W redakcji „profesjonalnej mamy jeden poważny szlaban: „to nie jest zgodne z linią naszego pisma”.

Mistewicz chyba popełnia błąd, z jednej strony piętnując szowinizm klasycznych mediów, z drugiej wolność Internetu, czyniąc to w piśmie tradycyjnym, które chcąc niechcąc poza dziennikarstwem rzetelnym zajmuje się (nad czym ubolewam) propagandą. Jest mniej więcej tak samo wiarygodny jak Palikot w masce „V”, broniący Internautów przed „złymi” politykami. Z innej beczki – tym tekstem Mistewicz z Marketingu narracyjnego niepokojąco zbliża się do dialektyki, dziedziny nieco zapomnianej (teoretycznie), święcącej triumfy w dawniejszych czasach. A dialektyka ma to do siebie, że dowolną tezę dowolnymi dowodami da się podtrzymać. Wystarczy to napisać.

Choćby kwestia:

Internauci przestają być „pasywnymi użytkownikami”. Stają się „twórcami” – nowymi producentami mediów

Mocno na wyrost. Zwłaszcza w kontekście wszechobecnego bełkotu polegającego na kopiowaniu i wklejaniu „nieprzetrawionych umysłowo” treści. To nie proces twórczy. Procesem twórczym ciężko też nazwać większość komentarzy typu: „P…l Tuska” i podobnych.  W nawiązaniu do tego, pozwolę sobie odesłać i Mistewicza (pewnie będzie zainteresowany) i innych do piramidy Maslowa w wersji Social Mediów: http://www.ecademy.com/node.php?id=174000 – nie wiem, czy zgadzać się z nią w 100%, ale:

  1. wnioski a propos Fejsa i G+ – jak najbardziej tak;
  2. wnioski a propos blogowania (WordPress) – też się zgadzam;
  3. Z akceptacją pozycji Twittera mam pewną trudność, ale powiedzmy, że OK.
  4. Najmniej pasuje mi Linked In, który pozycjonowałbym na poziomie przynależności, ale biorąc pod uwagę, że diagram powstał w świecie anglo-saskim, gdzie LI ma ugruntowaną pozycję – niech i tak będzie;

Gdyby przyjąć taki model patrzenia na świat SM – jakie z naszych potrzeb zaspokajają, dopiero najwyższe dwa poziomy to wolność (tworzenia), chroniąca jednocześnie przed anarchią i ową „mądrością tłumu”.

Ciąg dalszy o śmierci, życiu i jajecznicy


…ech, oberwało mi się ostatnio.  zasadzie za to, że nie dość afirmuję życie. Najpierw znajomy znajomego objechał mnie, że „chcę zabić pozostałych (czytaj: innych ode mnie) użytkowników planety”, a następnie, po ostatnim poście oberwało mi się od kilku podobnych znajomych znajomych (choć i pośrednio od moich, ale mniej), że nieczuły, że nie rozumiem, że nie mam prawa, i tak dalej (aż do „pokurwiony”)…

Pytam się grzecznie: A WY? Czy WY macie prawo? Jeśli tak, to ja również… To wersja krótka. Wersja rozwinięta poniżej.

Odpowiedź na pytanie, czy chcę wymordować innych mieszkańców planety? Niekoniecznie. Ludzkość i tak jest „selfdestructing”, i bez moich chęci. Rozwój cywilizacji skutecznie prowadzi nas do samozagłady. I nie ma znaczenia, czy będzie to cywilizacja ekologiczna, czy cybernetyczna. Koniec końców nastąpi wojna wszystkich ze wszystkimi. Mądrzy albo wyniosą się (koniecznie w małych grupach – więcej niż 5 przedstawicieli Homo Sapiens oznacza poważne ryzyko rozprzestrzenienia głupoty) w kosmos i dokonają żywota w poszukiwaniu nowej Ziemi, albo ze stoickim spokojem popatrzą na koniec świata, który przygotowali ludzie – Panowie planety. Przerysowuję? Może i tak… A kto wymordował miliony podczas wszystkich rzezi XX wieku? Ludzie. Że teraz jesteśmy mądrzejsi? I Wojna Światowa miała być tą ostatnią… Że należy głosić pacyfizm? A jeśli ktoś nie wierzy w pacyfizm? Siłą go przekonać? No właśnie – wygodne, łatwe twierdzenia nie dają gwarancji, że ludzkość zmądrzeje (bo, że do tej pory nie zmądrzała to widać). Ergo: sami siebie wykończymy. Nie trzeba nic z tym robić – wystarczy się pogodzić.

Z innej beczki: życie KAŻDEGO pojedynczego człowieka stanowi wartość niezastąpioną. TRWANIE cywilizacji to mrzonka. Czytaj dalej

%d blogerów lubi to: