Posts Tagged ‘ Gazeta Wyborcza ’

Fejsbuk (nie) dla wszystkich…


I przyszło mi się zmierzyć z tematem… Poniekąd chcę się z nim zmierzyć. Może, żeby wyjaśnić pewne moje działania, może, żeby uzupełnić blog o dalszą „spowiedź” z poglądów, a może po prostu dlatego, żeby „oczyścić” temat i móc zając się innymi. Sprawa prosta:

Przypadek AS kontra psie adopcje*)

Kolega AS od jakiegoś czasu „czyści” sobie profil fejsowy ze „śmieci”. W jego ocenie „śmieci” to m.in. nawoływanki o bojkoty, adopcje zwierzaków itd (dokładne kryteria zna on sam). Do tego usuwa ze znajomych osoby, które na w/w polu załapią „podpadziochę”. I mimo, że w jakiejś części (nie wiem jakiej) poglądy mamy różne, ja tej podpadziochy nie złapałem – i owszem – czasem sobie podyskutujemy na „nie”, czasem się zgodzimy – normalnie, jak między ludźmi. Z jednej strony chciałbym wiedzieć, jakie dokładnie kryteria przyświecają koledze przy usuwaniu ze znajomych, subskrybcji itd. Z drugiej – w ogóle mnie to nie interesuje. Jego sprawa. Przy okazji „dyskusji o” stwierdziłem, że jeśli natyka się w Social Mediach na treści „niechciane”, ma dwa trzy wyjścia: filtrować, zaakceptować śmietnik, albo zniknąć z fejsa. I niekoniecznie trzeba co jakiś czas nawoływać: ogarnijcie się, bo polecicie. Jak ktoś sobie nagrabi, leci i tyle.

Mi osobiście „psie adopcje” nie przeszkadzają – ba, w ten sposób wzbogaciłem się o psa. Ale rozumiem, że komuś mogą. Rozumiem jeszcze coś innego – koleżanka, dzięki której mam psa, SAMA aktywnie pracuje na rzecz schroniska. Działa tam, pomaga psom i schronisku na żywo, a PRZY OKAZJI wykorzystuje fejsa, aby znaleźć tym psom dom. I jej postawa jest według mnie jak najbardziej w porządku. Z kolei postawa: „biedny piesek – skopiuj i wklej, może ktoś się znajdzie” już nie do końca mi pasuje. Chcesz pomóc – zaangażuj się. Przekazywanie łańcuszka „do wszystkich świętych” jest, hmmmm, trochę zakłamane. Rozumiem zaangażowanie (nielubianej przeze mnie prywatnie za inne sprawy) koleżanki EW – sama adoptuje kilka zwierząt na raz. Nie rozumiem kogoś, kto nie ma psa, nie chce mieć psa, a wali po fejsie „skopiuj -wklej”.

Nie rozumiem fejsowych „bojkotów” – marek, imprez, itd. w związku z dowolnym tematem. Chcesz – idziesz/kupujesz, nie chcesz – nie idziesz/nie kupujesz.  Podobnie wybory – chcesz – idziesz/głosujesz, nie chcesz – to nie… Nie rozumiem (w sensie społecznym, bo w sensie marketingu elektronicznego i handlu fanami rozumiem aż za dobrze) fejsowego „podpisywania list” na zasadzie kliknięcia „Lubię to” – chcesz być pro-, weź dupę w troki, idź i podpisz. Nie chcesz – po cholerę klikasz „Lubię to”? Podobnie – jest event – na fejsie – 300 osób na pewno idzie, w realu – może 50. Po co? Na co? Że się „wirtualnie” bywa? Wolę (wciąż) funkcjonować w realu. A jeśli już sieciowo, to NAPRAWDĘ (webinaria, blog, jakaś AKTYWNOŚĆ własna). Nie rozumiem, mimo, że z fejsa, i innych sieciowych narzędzi, korzystam sporo – pędu do bycia „społecznym” w internecie, podczas gdy w realu ma się „wywalone” na wszystko.

Przypadki RD i JAS – polecieli ze znajomych

Dwie osoby usunąłem ze znajomych. Za co? W mojej ocenie za idiotyzm, infantylność, a przede wszystkim za wyznawanie „jedynie słusznych” poglądów. RD poleciał przy okazji ACTA – kompleksowo za znak PW 2012, za nawoływanie do zgłaszania stron Hołdysa do blokady przez adminów, i za hasło w stylu: jest nas dużo, więc nam wolno. JAS poleciała dzisiaj, za… głupią w gruncie rzeczy dyskusję. Konkretnie za jej pointę tej dyskusji: „Fejs nie jest do tego, żebyś TY (w sensie ja) swoje osobiste poglądy głosił”. Ekhm, to do czego jest? DO tego, żebym głosił poglądy politycznie poprawne? Nikomu nie przeszkadzające? Ciekawe, że koleżanka JAS NIE MA takich hamulców, i swoimi poglądami epatuje wszem i wobec. A więc – podwójna etyka. Mi wolno, innym nie. Ja mogę, inni nie. Z jednej strony – to, że nie życzy sobie moich poglądów oglądać – wspólne z kolegą AS, z drugiej – od kolegi AS NIGDY nie usłyszałem, że nie mam prawa swoich poglądów na fejsie ogłaszać. Ewentualnie, że one go nie interesują.

Otóż SM działają właśnie tak: MASZ PRAWO, drogi Użytkowniku, wklejać, pisać dowolne głupoty, jakie przyjdą ci do głowy. Pamiętaj jednak, że inni użytkownicy widzą co piszesz/wklejasz, i mogą mieć inne zdanie. Ba, mogą je wyrazić w reakcji na twoją „twórczość”. I nie masz prawa im tego zabronić. Z jednym wyrzucony przeze mnie kolega RD ma racje – SM to demokracja, demokracja bezpośrednia – mamy prawo wyrzucać z siebie dowolne głupoty. A SM wystawią to pod ocenę innych (czy nam się to podoba, czy nie). Przy okazji ACTA objechał mnie kilkakrotnie kolega MS. Nie poleciał ze znajomych. Dlaczego? Dlatego, że nie bronił mi moich poglądów – owszem – ostro prezentował swoje, i jakąś tam zadziorkę wbił mi w duszę. Ale nie nawoływał do ograniczania wolności mi, czy komukolwiek innemu. A właśnie to jest dla mnie wartością SM: mnogość poglądów (nawet głupich). Dzięki temu każdy ma prawo powiedzieć, co chce. I ode mnie zależy, czy się zgodzę, nie zgodzę, czy stwierdzę, że to bzdura. I tak samo jak ja mogę mówić: „Jesteś idiotą, ale to twoje prawo”, tak samo każdy może mi powiedzieć. Problem zaczyna się, jeśli zaczynamy cenzurować, co można, a czego nie wolno powiedzieć.

Prywatne a publiczne, do dyskusji lub nie

Każdy z nas ma swoje, prywatne poglądy. Dopóki zachowujemy je dla siebie, są prywatne. Dopóki treści przez nas tworzone chowamy do szuflady, albo na twardym dysku komputera – są to treści prywatne. Jeśli jednak w dowolny sposób je upubliczniamy – stają się treściami publicznymi. O to ścinam się raz na jakiś czas z Diablicą. Ona swój blog uważa za prywatny, niezależnie od tego, czy jest, czy nie jest dostępny. Dla mnie niedostępny = prywatny, dostępny = publiczny – specyfika sieci… Niedawno zalinkowałem jej bloga (wówczas publicznie dostępnego) i dostałem OPR. Według mnie niesłusznie, według niej – słusznie. Co prawda więcej bym tego nie zrobił, bo ją to uraziło, a akurat z jej zdaniem bardzo się liczę, jednak dzisiaj, po dyskusji na temat Diablica zrobiła słuszną rzecz, żeby bloga „sprywatyzować” – zmiana kategorii na prywatny, wysłanie do mnie zaproszenia do czytania – super – nie wszyscy mają dostęp, blog prywatny, więc CZUJĘ SIĘ ZOBOWIĄZANY do uszanowania tego. Jeśli natomiast wkleja się „cuś” na fejsie – widoczne jest dla wszystkich – dlaczego nie miałbym wyrazić swojej opinii??? Dlaczego miałbym w połowie dyskusji stwierdzać, że „to coś nie do dyskusji”??? Nawet, jeśli poglądy są kontrowersyjne – jeśli dzielimy się swoimi uczuciami publicznie, przestają być prywatną sprawą.

Podobnie temat – mądre czy głupie? Artykuł z Gazety.pl jest wart dyskusji… OK, nie każdy (według mnie), ale OK. A czy demot, durny obrazek, filmik z YT jest wart dyskusji? Czy możemy określić dla każdej treści odpowiedni „poziom powagi”, żeby zacząć dyskusję? Nie bardzo… Tym bardziej, że sporo użytkowników fejsa traktuje całkiem serio coś, co dla innych jest bzdurą. Poza tym – przyjmując, że każda „treść” wrzucona do SM jest treścią twórczą (chociaż ja się nie do końca z tym zgadzam), to każda taka „treść” jest polem do dyskusji. Mądrej czy głupiej, pustej, czy owocnej, to inna sprawa. Ale nie zabraniajcie mi mieć swojej opinii nawet na temat głupot, które ludzie wklejają na swoje tablice. Bo często świadczy to o ich postawie wobec innych, i świata.

*) ze względu na ochronę danych osobowych – zamiast imion, nazwisk, pseudonimów są inicjały.

Reklamy

Dlaczego Wyborcza jest „anty-ACTA”?


Dzisiaj na portalu GW ukazał się tekst Jacka Żakowskiego: ACTA ad acta. Rozbawił mnie straszliwie. Otóż jeden z czołowych dziennikarzy czołowego dziennika w kraju pisze:

Gdy władza tak uporczywie spiskuje przeciw obywatelom, jej legitymacja staje się wątpliwa, a sprzeciw jest uprawniony. Przynajmniej w granicach, w których ten atak się mieści.

Czyli, gdybyśmy np. uznali, że dowolne regulacje prawne (aborcja, ustawa refundacyjna, ordynacja wyborcza) są „spiskiem władzy przeciw obywatelom”, mamy prawo protestować. Ciekawe, zwłaszcza, że często w takich wypadkach Jacek Żakowski legitymizuje władze, i żąda zaprzestania oszołomstwa i „czepiania się”, bo w końcu władza działa dla dobra obywateli… Idźmy dalej:

Ten proces, który genewskie Obserwatorium Finansów nazywa finansjalizacją, to postępująca zamiana relacji na transakcje. W przypadku ACTA chodzi o ugruntowanie w prawie międzynarodowym zamiany relacji twórcy i odbiorcy w transakcję dostawcy z nabywcą. Wedle logiki stosowanej w ACTA sensem twórczości przestaje być inspiracja, a staje się transakcja.

Brawo – dogłębna analiza, panie Jacku! Szkoda tylko, że nie zauważył Pan tego wcześniej – proces ten postępuje przez pół wieku XX i pierwsze kilkanaście lat XXI. Ba, szkoda, że Pan nie zauważył, że dokładnie taki model funkcjonuje w Pana, i Pańskich kolegów, twórczości. Czy może – co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie?

Od 30 lat finansjalizacja dewastuje kolejne sfery życia społecznego. Zamienia pacjenta w klienta, a lekarza w dostawcę usługi medycznej. Ucznia zamienia w nabywcę oferty edukacyjnej, nauczyciela czyni jej wykonawcą. Czytelnika czy widza przemienia w target reklamowy, wierzyciela w anonimowego posiadacza prawa do kredytu, które może w każdej chwili komukolwiek odstąpić, z adwokata czyni przedstawiciela prawnego, z dziennikarza – mediaworkera, z naukowca – dostawcę wiedzy lub innowacji itp. Istotą przestaje być treść relacji, a staje się wartość transakcji.

No cóż – nic tylko się zgodzić. Tylko, że pojawiają się pytania: Czytaj dalej

%d blogerów lubi to: